Wielkie emocje, ortograficzne pułapki i tekst, który okazał się prawdziwym torem przeszkód dla miłośników poprawnej polszczyzny. W Bibliotece Publicznej im. Wisławy Szymborskiej odbyło się pierwsze w historii Sokólskie Dyktando Ortograficzne. Siedemnastu śmiałków rzuciło wyzwanie zawiłościom naszego języka, mierząc się z tekstem pełnym podchwytliwych zwrotów i lokalnych motywów.
Inicjatywa, która na stałe ma wpisać się w kalendarz święta miasta, przyciągnęła osoby chcące sprawdzić swoją wiedzę i udowodnić, że polska ortografia nie ma przed nimi tajemnic. Zadanie nie należało jednak do łatwych.
Wyzwanie godne mistrzów
Uczestnicy musieli stawić czoła tekstowi zatytułowanemu „Powrót do domu”, którego autorką jest Marta Wojewódzka-Szoda – lokalna poetka, polonistka i bibliotekarka. Opowiadanie, napisane z perspektywy bohatera wracającego po latach z Warszawy do rodzinnej Sokółki, było nasycone nie tylko nostalgią i obrazami dynamicznie zmieniającego się miasta, ale przede wszystkim – trudnymi konstrukcjami językowymi.
Tekst dyktanda był niezwykle wymagający i trudny. Autorka przygotowała dla uczestników prawdziwy sprawdzian z wiedzy o pisowni łącznej i rozdzielnej, a także z użycia łączników w trudnych zwrotach. Nawet doświadczeni miłośnicy języka polskiego musieli mocno wytężyć umysł – przyznaje Joanna Bienasz, dyrektor Biblioteki Publicznej w Sokółce.
Uczestnicy musieli wykazać się doskonałą koncentracją przy pisaniu takich sformułowań jak: „wte i wewte”, „spode łba”, „półżartem, półserio”, „szczerozłote słońce”, „ekstrapodróż” czy podchwytliwe „nicnierobienie”. Dodatkowym wyzwaniem były liczebniki i określenia czasu, np. „dziewięcioipółletni pobyt”.
Poniżej prezentujemy pełny tekst, z którym zmierzyli się uczestnicy:
Powrót do domu
Stolicę opuszczałem bez większego żalu, chociaż z lekka byłem zażenowany swoją porażką. Ja – nibyartysta, wiecznie snujący mrzonki o sukcesie, czyli stworzeniu bestselleru, podbijającego polski rynek wydawniczy zapomniałem, że potrzebowałbym do tego mieć i łut szczęścia, i sporą wygraną na loterii. O talent nie martwiłbym się, gdyż uważam się w tym względzie za wybrańca bogów. Coraz częściej, gdy myślałem właśnie o szczęściu, natarczywie przychodziło mi do głowy tylko jedno miejsce na ziemi, moje rodzinne miasto, Sokółka. Kiedy oznajmiłem przyjaciołom, Warszawiakom z krwi i kości, że wracam na Podlasie, klamka zapadła. Ze względu na swój honor, nie mogłem się wycofać. Nie da się ukryć, że wahania trwały dłużej, niż przewidywałem. W końcu jednak, swój dziewięcioipółletni pobyt w wielkim mieście, zakończyłem w przeciągu miesiąca. W międzyczasie dopadła mnie późnojesienna chandra, wywołana niepewnością jutra. Nie pomagały też śmichy-chichy kolegów, którzy nie wierzyli w stałość tej decyzji. Spraw do załatwienia było co niemiara, biegałem więc wte i wewte, a urzędowe wiraże i zagwozdki mnożyły się i spędzały mi sen z powiek. Po tym maratonie, gdy wpółżywy, zziajany i łykający haustami powietrze, usiadłem w przedziale pociągu, pomyślałem z radością, że czeka mnie ekstrapodróż. Trzask-prask i już byłem na miejscu. Oniemiały wysiadałem z drezyny, gdyż pierwsza rzecz, którą ujrzałem, zaparła mi dech w piersiach. Ten zszarzały, osypujący się i szczerzący zęby przeszłości budynek dworca w Sokółce, który pamiętałem, nie istniał! Jak się później okazało, podróżnych wita teraz Gminne Centrum Przesiadkowe w Sokółce, które wielu podróżników, jak udało mi się podsłuchać, obdarzało ochami i achami. Uważam to za w pełni zasłużoną reakcję! Kiedyś patrzyłem spode łba na to ohydztwo i paskudztwo, a teraz widzę, że Sokółka nie marnowała czasu i zaskakuje odrestaurowanym budynkiem dawnego dworca. Po takim powitaniu przez to miasto, sprintem ruszyłem w głąb wijących się lekko pod górę uliczek. Przywitał mnie dostojny dźwięk dzwonów Sanktuarium Najświętszego Sakramentu, kuszący smak lodów ze Starej Szkoły, potem krajobraz miasta rozjarzyły skąpane w szczerozłotym słońcu kopuły cerkwi. I ludzie, Podlasianie, jak ja za nimi tęskniłem! Z ich powodu mój powrót zapoczątkował ponadtygodniową wędrówkę po miejscach starych i nowych. Odwiedziłem nowo wybudowaną bibliotekę, Sokólski Ośrodek Kultury i Muzeum Ziemi Sokólskiej. W międzyczasie odkryłem kolejną perełkę na mapie wspaniałości sokólskich, czyli Kamienicę Tyzenhauza. To budynek z 1. połowy XIX wieku, a historia jego powstania i późniejszej rewitalizacji, jak i biografia samego Antoniego Tyzenhauza, stanowią fascynujący materiał badawczy. Mój powrót, który chyba sam traktowałem półżartem, półserio, niespodziewanie zamienił się w niebanalną przygodę. Już dosyć zmitrężyłem czasu na nicnierobieniu. Nienadaremnie los pchnął mnie właśnie tu. Niby błaha decyzja ucieczki przed porażką, otworzyła mi nowe perspektywy, bo to miejsce daje szansę. Muszę z niej rychło skorzystać. Będę pisać dla Sokółczan o Sokółce. Trzymajcie za mnie kciuki.
Aktorska interpretacja i wielki finał
Oprawę wydarzenia zapewnił znany aktor teatralny i filmowy, Adam Zieleniecki, związany z Białostockim Teatrem Lalek), który gościnnie i z mistrzowską dykcją odczytał tekst dyktanda.
Jego interpretacja spotkała się z ogromnym uznaniem i brawami ze strony skupionych uczestników – zaznacza dyrektor.
Nad prawidłowym przebiegiem ortograficznych zmagań czuwała specjalna komisja oraz „mężowie zaufania”, wśród których znaleźli się m.in. zastępca burmistrza Sokółki Adam Kowalczuk, dyrektorki Sokólskiego Ośrodka Kultury Barbara Maj i Agnieszka Kozakiewicz, a także autorka tekstu i dyrektor biblioteki. Prace skrupulatnie sprawdzały polonistki: Angelika Krawiel oraz Elżbieta Gryszko.
Znamy mistrzów ortografii
Po intensywnych obradach jury ogłosiło wyniki. Historyczny, pierwszy tytuł Mistrza Ortografii Sokółki wywalczyła Marta Kuźma, wykazując się bezbłędnym wręcz wyczuciem językowym. Tuż za nią, zaszczytny tytuł Wicemistrzyni Ortografii, zdobyła Joanna Brzozowska.
Gratulujemy wszystkim uczestnikom odwagi. I obiecujemy, że ze względu na świetny odbiór, za rok odbędzie się druga edycja dyktanda – zapowiada Joanna Bienasz.
(Red. PI)

