Byliśmy z kamerą na planie popularnego serialu „Rolnicy. Podlasie” we wsi Lubiejki pod Milejczycami. Mieliśmy wyjątkową okazję porozmawiać z bohaterami produkcji stacji Fokus TV i zapytać ich nie tylko o kulisy popularnego show, ale przede wszystkim o codzienność, wyzwania współczesnego rolnictwa, sukcesję oraz radzenie sobie z popularnością i hejtem.
Gospodarstwa na Podlasiu to od lat przestrzeń, w której tradycja miesza się z nowoczesnością. Widzowie w całej Polsce śledzą losy bohaterów, jednak jak wygląda ich życie, gdy kamery zgasną?
Nowoczesność i tradycja pod jednym dachem
Eugeniusz Onopiuk, senior rodu urodzony w 1951 roku, znany jako „Gienek z Plutycz”, nie kryje wzruszenia, gdy wspomina lata ciężkiej pracy. Wyznaje, że po przepracowaniu 42 lat na wsi i przejściu na emeryturę musiał przekazać majątek synowi. Jak sam wspomina, kiedyś o nowoczesnym sprzęcie można było jedynie pomarzyć – całe życie obrabiał ziemię konno i pracował własnymi rękami, a dzieci wychowywały się w bardzo skromnych warunkach.
Sytuacja zmieniła się wraz z pojawieniem się telewizji i rozwojem gospodarstwa. Senior nie ukrywa, że udział w serialu przyniósł wymierne korzyści: podwórko zostało osuszone z potwornego błota, pojawiły się nowe maszyny, a na duszy zrobiło mu się lżej. Mimo wieku Eugeniusz stara się ciągle pomagać dzieciom na miarę swoich sił.
Przejęcie obowiązków nie było jednak łatwe dla jego syna Andrzeja Onopiuka. Zostanie gospodarzem po tym, jak ojciec skończył 60 lat, wiązało się z ogromną presją.
Bycie następcą i synem rolnika trzeba udźwignąć. Kiedy tato poszedł na emeryturę, jako najstarszy syn musiałem zająć się gospodarstwem. Zostało to notarialnie przepisane. Życie w jednym domu układa się nam różnie, jak to w życiu – raz jest lepiej, raz gorzej. Teraz młodzi nie chcą żyć z rodzicami, wolą oddzielnie, a u mnie tata został i musi dożyć w tym domu do końca – opowiada Andrzej Onopiuk.
Mężczyzna zwraca uwagę na postępujące wymieranie wsi – w jego okolicy zostało już tylko kilku starszych gospodarzy. Choć Andrzej zgromadził na podwórku już dziesięć nowych maszyn, jego największym marzeniem i wyzwaniem pozostaje zakup ciągnika. Koszt nowego traktora sięga dziś miliona złotych, co dla wielu rolników jest barierą nie do przebicia. Andrzej podkreśla jednak stanowczo, że nie ma zamiaru brać na ten cel kredytu. Ale rolnictwa porzucać, jak sąsiedzi, nie planuje.
Pasja, elastyczność i wpajanie miłości do ziemi
W zupełnie inny sposób do prowadzenia gospodarstwa podchodzą Tomek i Monika Cieślikowie, którzy stawiają na elastyczność oraz odpowiednie podejście do wychowania dzieci. Tomek podkreśla, że wraz z żoną nie zmuszają dzieci do wyboru rolniczej ścieżki zawodowej, lecz starają się pokazać im pełen obraz tej pracy.
Gospodarze dbają o to, by praca nie przesłaniała im życia rodzinnego. Razem wyjeżdżają na wakacje i spędzają czas aktywnie. Chcą w ten sposób udowodnić najmłodszym, że rolnictwo nie musi oznaczać „przywiązania do ziemi” od świtu do zmierzchu. Ich taktyka przynosi efekty, ponieważ wszystkie dzieci – łącznie z najmłodszą córką – deklarują obecnie chęć przejęcia ojcowizny.
Z niewolnika nie ma pracownika. Trzeba lubić to, co się robi, bo inaczej nie osiągnie się sukcesu i nie będzie z tego satysfakcji. My wiemy, że w pracy w biurze po prostu byśmy się utopili, nie nadajemy się do tego. Rolnictwo to ciężki kawałek chleba, ale umiemy się w tym zrealizować – dodaje Monika Cieślik.
Monika i Tomek wskazują, że dzisiejsze rolnictwo diametralnie różni się od tego sprzed 30 lat. W dobie częstych kryzysów kluczem do sukcesu jest przetwórstwo własnych produktów oraz szacunek do ziemi i zwierząt, z którymi jeżdżą na liczne wystawy i zdobywają nagrody. Dzieci wiedzą, że można łączyć pasję z pracą – nawet jeśli w międzyczasie marzą o karierze nurka, co rodzice przyjmują ze spokojem i zrozumieniem.
„Nie mamy żadnych scenariuszy”
O urokach i cieniach występów w telewizji opowiedział również Maciej Sidorowicz. Wyjawił, że rozpoznawalność przynosi wiele miłych momentów, ale wiąże się też z koniecznością mierzenia się z falą hejtu.
Jeśli ktoś jest słaby psychicznie i podatny na krytykę, to niestety nie da rady. Mamy społeczeństwo mocno wredne, jest dużo ludzi, którzy nas hejtują. Żeby sobie z tym poradzić, trzeba być otwartym. Ale największym plusem jest to, że poznaje się przy tym wielu ciekawych ludzi – komentuje Sidorowicz.
Bohater popularnego programu odnosi się również do zarzutów, jakoby serial był w całości reżyserowany, a rolnicy uczyli się swoich ról na pamięć.
Ludzie często mówią, że to wszystko jest reżyserowane i udajemy, że mamy scenariusze. To absolutna brednia! Gdybyśmy musieli uczyć się tekstów, nie mielibyśmy szans. Dla nas, zwykłych ludzi, nauka ról byłaby nie do przeskoczenia. Po prostu gadamy to, co mamy na języku, a montażysta wybiera z tego to, co najciekawsze – wyjaśnia rolnik.
Dla Macieja udział w produkcji jest ogromną przygodą. Hodowlę traktuje przede wszystkim jako pasję i misję. Podkreśla, że nie goni za sukcesem finansowym, a najważniejsza jest dla niego odpowiedzialność za stworzenia, którymi się opiekuje. W tym kontekście przywołuje słynny cytat z „Małego Księcia” o odpowiedzialności za to, co się oswoiło.
(Ewa Bochenko / Wideo: Karol Jurczak)
