Karol Kamiński z Sokółki dwa lata temu dołączył do elitarnego grona – zdobył licencję pilota szybowcowego. Wówczas w Aeroklubie Białostockim był jedyną osobą, której udało się ukończyć pełne szkolenie, mimo że kurs zaczynało z nim kilka osób. Jego historia to opowieść o pasji, pokorze wobec natury i spełnianiu dziecięcych marzeń. O tym, jak wygląda świat z perspektywy maszyny bez silnika, opowiedział w naszej rozmowie.
Szybowiec to statek powietrzny, który w przeciwieństwie do samolotu nie ma własnego napędu. Unosi się w powietrzu, wykorzystując siłę nośną skrzydeł i niewidzialne prądy wznoszące, tzw. kominy termiczne. Pilot jest w nim zdany na łaskę natury – musi czytać chmury, rozumieć wiatr i współpracować z żywiołami, aby utrzymać się w powietrzu. To właśnie ta niezwykła symbioza z naturą fascynuje szybowników na całym świecie.
Prezent, który zmienił wszystko
Jak zaczyna się taką przygodę? U Karola, jak u wielu pasjonatów, wszystko zaczęło się w dzieciństwie od fascynacji lotnictwem. Jednak prawdziwy przełom nastąpił kilka lat temu, dzięki nietypowemu prezentowi urodzinowemu.
Dostałem w prezencie lot szybowcem w Aeroklubie Białostockim. To doświadczenie wywarło na mnie ogromne wrażenie – wspomina Karol Kamiński. – Sam start był niesamowicie emocjonujący. Dwusekundowe przyspieszenie do 100 km/h przy wznoszeniu pod kątem około 40 stopni, a zaraz potem chwilowy stan nieważkości. Z szybowca wysiadłem już z absolutnym przekonaniem, że muszę się nauczyć latać.
Głębsze zanurzenie w temat tylko utwierdziło go w tej decyzji. Okazało się, że szybownictwo ma w Polsce ponad 100-letnią, bogatą tradycję, a polscy piloci należą do światowej czołówki. Nazwiska takie jak Tadeusz Góra czy współczesny mistrz Sebastian Kawa to legendy tego sportu. Długo się nie zastanawiał – niemal natychmiast zapisał się na szkolenie.
Strach, adrenalina i bociany w kominie termicznym
Trzyletnie szkolenie to nie tylko nauka techniki, ale przede wszystkim budowanie szacunku do potęgi powietrza. Czy w tym czasie zdarzyły się momenty grozy?
Nie miałem takiej sytuacji. Podczas szkolenia uczymy się przede wszystkim przewidywać i przeciwdziałać niebezpieczeństwom – wyjaśnia pilot. – Mamy ćwiczenia, podczas których na bezpiecznej wysokości, pod okiem instruktora, celowo wprowadza się szybowiec w nietypowe położenia, na przykład w korkociąg, a zadaniem ucznia jest wyprowadzenie go do lotu prostego. Instruktorzy zawsze nam powtarzali, że bezpieczeństwo zaczyna się na ziemi, jeszcze przed startem.
Każdy dzień lotny poprzedza szczegółowa odprawa: analiza prognozy pogody, siły i kierunku wiatru, omówienie sytuacji na lotnisku i dokładne sprawdzenie stanu technicznego maszyn. Dyskomfort? Na początku, zanim błędnik przyzwyczai się do nowych warunków, ciasne zakręty i przeciążenia mogą powodować lekkie zawroty głowy, ale organizm szybko się adaptuje.
Prawdziwą nagrodą są jednak doznania, których nie da się doświadczyć nigdzie indziej.
Emocje w tym sporcie są bardzo indywidualne. Ja miałem to szczęście, że w zeszłym roku na wysokości 800 metrów krążyłem w jednym kominie termicznym ze stadem bocianów. Takie doświadczenia uświadamiają, że człowiek może czerpać wiele z natury, kiedy ta jest dla nas łaskawa, jednocześnie zdając sobie sprawę z jej potęgi. Walka z nią jest po prostu próżna.
Nie tylko latanie – logistyka i koszty pasji
Szkolenie to nie tylko teoria i praktyka w powietrzu, ale także nauka cierpliwości i pracy zespołowej.
W szybownictwie nic nie ma na zawołanie. To sport zespołowy, wymagający komunikatywności. Te umiejętności przydają się później w życiu zawodowym i rodzinnym – uśmiecha się Karol.
A co z kosztami? Karol szacuje, że jest to hobby tańsze od sportów motorowych, a pewnie droższe od żeglarstwa.
W 2021 roku, kiedy zaczynałem, szkolenie podstawowe kosztowało około 4 500 zł. Dalsze etapy to już kwestia indywidualna. Jednak od ceny ważniejszy jest czas, a o ten niełatwo, gdy ma się rodzinę. Ja mam ogromne wsparcie żony, która nigdy nie robiła mi wyrzutów, że znikam na całe dnie.
Dni na lotnisku często trwają od wschodu do zachodu słońca. Czasem trzeba też ruszyć na pomoc koledze, który „nie wrócił z przelotu”.
Jak to jest z tym „lądowaniem w kapuście”?
Sformułowanie „nie wrócił z przelotu” brzmi groźnie, ale w żargonie szybowników oznacza coś zupełnie innego. Szybowiec jako paliwo wykorzystuje pionowe ruchy powietrza. Czasem jednak kominy termiczne wygasają, a pilot jest zbyt daleko od lotniska, by bezpiecznie do niego wrócić.
Wtedy właśnie z wysokości pilot wybiera sobie odpowiednią łąkę lub pole i na nim ląduje. To standardowa procedura. Aerokluby są ubezpieczone na wypadek takich „lądowań w kapuście”, a ewentualne szkody w uprawach są w pełni rekompensowane – tłumaczy Karol.
Przy okazji rozmowy rozprawia się z innym mitem – katapultą w szybowcu.
W szybowcach nie montuje się katapult. Jeśli sytuacja zmusi nas do opuszczenia maszyny w powietrzu, pilot robi to własnymi siłami, po prostu wyskakując z kabiny, a następnie otwiera spadochron ratunkowy.
Sport z tradycjami, otwarty dla każdego
Szybownictwo to sport z piękną historią, ale jednocześnie otwarty dla nowych pokoleń. Pilotem może zostać każdy, kto ukończył 14 lat.
Młodzi ludzie świetnie sobie radzą, ucząc się przy tym dyscypliny i opanowania. Jako ciekawostkę dodam, że mój instruktor ma 72 lata – mówi Karol.
Wada wzroku czy waga również nie są przeszkodami. Sam lata w okularach, a zalecany przedział wagowy to 50-110 kg. Jedyny obowiązkowy element stroju?
W powietrzu bezwzględnie musimy mieć czapkę – śmieje się.
Zdobycie licencji to dla Karola otwarcie nowego rozdziału.
Bez niej nie można w pełni czerpać z tego sportu. Pilot z licencją sam ponosi za siebie odpowiedzialność i nie musi angażować instruktora, co czyni latanie tańszym i bardziej swobodnym – wyjaśnia.
Jego plany na przyszłość to zdobycie uprawnień na nowy typ szybowca oraz nauka startu za samolotem.
(EB)

