Ma zaledwie 16 tysięcy kilometrów przebiegu, oryginalne opony z 1989 roku i fabryczną apteczkę z tamtych lat. Mariusz Andrysewicz spod Korycina ma w swoim garażu prawdziwego motoryzacyjnego białego kruka. Choć kiedyś Fiat 126p był autem dla mas, dziś ten zachowany w idealnym, fabrycznym stanie egzemplarz w kolorze kości słoniowej budzi zachwyt na zlotach i jest wart fortunę. Poznajcie historię niezwykłej pasji i wehikułu czasu na czterech kołach.
Gdyby zatrzymać wskazówki zegara pod koniec lat 80. i przenieść tamten klimat prosto w dzisiejsze czasy, wyglądałoby to dokładnie tak, jak na podwórku Mariusza Andrysewicza spod Korycina. Na tle zielonego podlaskiego krajobrazu stoi on – lśniący i niemal pachnący nowością Fiat 126p w kultowym kolorze kości słoniowej. To nie jest kolejny, poskładany z osiedlowych garaży i świeżo polakierowany egzemplarz, jakich wiele na zlotach. To motoryzacyjny święty Graal: zachowany w stu procentach w oryginale, nietknięty zębem czasu i zimową solą. Prawdziwa kapsuła czasu.
Stan: „igła”. Zapach: rok 1989
To są święte maszyny. Do ich obsługi wystarczą trzy klucze: dziesiątka, trzynastka i siedemnastka. Są zresztą na fabrycznym wyposażeniu – śmieje się pan Mariusz, gładząc maskę swojego Fiata.
Historia tego auta to gotowy scenariusz na film. Jego maluch ma na liczniku zaledwie 16 tysięcy kilometrów przebiegu. Kiedy otwiera się drzwi, wita nas charakterystyczny zapach skaju, plastiku i benzyny – dokładnie taki sam, jaki znali nasi rodzice i dziadkowie, gdy odbierali swoje upragnione auta z Polmozbytu. Samochód nigdy nie widział śniegu, a zimę spędza w suchym, ciepłym garażu. Na kołach wciąż tkwią oryginalne, fabryczne opony z czytelną datą produkcji: 1989 rok. Wszystkie szyby są fabrycznie ocechowane, a w schowku leży oryginalna instrukcja obsługi oraz… świadectwo legalizacji licznika z 1989 roku.
Do pełni fabrycznego szczęścia brakuje tylko jednego elementu.
Ukradli koło zapasowe – wzdycha właściciel. – Ktoś się połaszczył, ale cała reszta jest nienaruszona.
Nawet apteczka jest tu oryginalna, a w niej – jako znak tamtych czasów i ówczesnej dbałości o zdrowie obywateli – wciąż znajdują się nietknięte, PRL-owskie prezerwatywy. Ten model to wersja odpalana już z kluczyka, a nie za pomocą cięgna rozrusznika między fotelami. Stan techniczny? Absolutna „igła”.
Sto koszy truskawek i lody w Suchowoli
Mariusz Andrysewicz jest właścicielem tego motoryzacyjnego skarbu od 14 lat. Przez ten czas przejechał nim zaledwie 1,5 tysiąca kilometrów. Każda podróż tym autem to święto.
Jeżdżę nim tylko latem. Czasem dla relaksu wyskoczę na lody, a raz w roku melduję się na zlocie klasycznej motoryzacji w Suchowoli – opowiada pasjonat.
Wzbudza tam zainteresowanie. Korycin słynie z truskawek, a ten niepozorny maluch skrywa w swojej historii niesamowite, transportowe rekordy z czasów, gdy był podstawowym narzędziem pracy w wielu gospodarstwach.
Sto koszy truskawek do niego wchodziło – wspomina pan Mariusz. – Jak się wszystko dobrze poukładało, wyjęło przedni fotel, to pakowało się owoce pod sam dach i jechało w trasę. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, patrząc na gabaryty tego auta.
Współczesne reakcje młodszych pokoleń na widok Fiata bywają zresztą bardzo zabawne.
Nie wiedziałam, że on jest aż taki mały. Przecież to wehikuł, który wejdzie na pakę zwykłego busa – dziwi się sąsiad przyglądający się autu. Z kolei starsi mieszkańcy okolicy patrzą na Fiata z ogromnym sentymentem i nostalgią.
Kiedyś to się działo. Na zabawę do sąsiedniej wsi potrafiliśmy wejść do takiego malucha w dziewięć osób. Silniczek mały, pojemność żadna, ale bączki na szutrze nim kręciliśmy, aż się kurzyło. A dziś? Przy tych cenach paliw, to chyba najoszczędniejsze auto na świecie – wspomina z uśmiechem jeden z gapiów.
Pan Mariusz zrezygnował nawet z zakładania bagażnika dachowego, który kiedyś był symbolem wakacyjnych wyjazdów nad morze czy do Bułgarii. Dlaczego?
Szkoda lakieru, metalowe łapy mogłyby go porysować, a tu każdy centymetr oryginalnej powłoki jest na wagę złota – tłumaczy.
Gierek dał go ludowi, dziś to skarb narodowy
Wokół malucha kręci się też 80-letni sąsiad pana Mariusza. Przygląda się pracy silnika, wsłuchuje w charakterystyczny, metaliczny warkot dwucylindrowego motoru chłodzonego powietrzem i kiwa z uznaniem głową.
Pojeździ jeszcze spokojnie z 50 lat. Dzisiejsze komputery na kółkach dawno zardzewieją, a ten prosty mechanizm przetrwa wszystko – uważa.
Fiat 126p to kawał polskiej historii. Edward Gierek chciał dać ludowi auto, którym robotnicy mogliby dojeżdżać do fabryk. Choć maluch kosztował ułamek tego, co luksusowy Polonez (stanowiący równowartość astronomicznych stu średnich pensji i będący dla większości nieosiągalnym marzeniem), to i tak zakup mniejszego Fiata wiązał się z ogromnym wysiłkiem finansowym i wielokrotnością miesięcznych wypłat. Kupno nowego auta w salonie graniczyło z cudem – potrzebne były specjalne talony i przydziały. Z tego powodu na giełdach samochodowych używane lub ledwo odebrane z Polmozbytu maluchy kosztowały znacznie więcej niż te nowe w oficjalnym cenniku.
Dziś historia zatacza koło. Oryginalne, niemodyfikowane egzemplarze stają się lokatą kapitału.
Aut po remoncie blacharskim i lakierniczym jest na rynku całkiem sporo, ale takich w pełni oryginalnych, z fabrycznym lakierem i niskim przebiegiem, zostało już naprawdę niewiele – wyjaśnia Mariusz Andrysewicz. – Można już go śmiało rejestrować jako pełnoprawny zabytek.
W garażu pana Mariusza stoi jeszcze jeden Fiat 126p – starszy brat opisywanego modelu. Tamten przeszedł już jednak pełną renowację. Choć cieszy oko, to właśnie klasyk z 1989 roku budzi największe emocje ze względu na swoją autentyczność.
Właściciel nie ukrywa, że chętnie powiększyłby swoją kolekcję o kolejny unikalny pojazd z minionej epoki, jednak rynek stał się bezwzględny.
Chciałbym jeszcze coś kupić, ale dzisiaj te auta są już bardzo drogie. Ludzie zrozumieli, że to nie są stare graty, tylko prawdziwe skarby polskiej motoryzacji – mówi.
Patrząc na lśniącego Fiata pana Mariusza, trudno się z tym nie zgodzić. To coś więcej niż samochód, to jeżdżący kawałek tożsamości, który na podlaskich drogach wciąż wywołuje najszczerszy, ciepły uśmiech na twarzach przechodniów.
(Ewa Bochenko)

