Czy pod stopami mieszkańców ziemi dąbrowskiej, pośród pól i zapomnianych leśnych traktów, wciąż spoczywa milczący świadek dawnych dramatów? Legenda o „skarbie proboszcza” od pokoleń krąży w lokalnych opowieściach. Choć spisali ją Tadeusz Jedliński i Tadeusz Ciszkowski w swoim zbiorze legend, to dopiero gdy spojrzy się na nią bliżej, zaczyna wyłaniać się fascynujący obraz dawnego pogranicza.
Dawne wsie miały swoje sekrety: miejsca omijane po zmroku, opuszczone chałupy czy stare kapliczki na rozstajach dróg. Jednak nic tak mocno nie działa na ludzką wyobraźnię jak wieść o zakopanych kosztownościach. W przypadku tej opowieści nie mówimy o pirackiej skrzyni i hiszpańskich dublonach, lecz o dramatycznej próbie ratowania dorobku życia w czasach, gdy jutro było wielką niewiadomą.
Wojna, strach i gliniany garnek
Dlaczego akurat proboszcz? I z jakiego powodu musiał ukryć swój majątek? O wyjaśnienie tej zagadki poprosiliśmy Krzysztofa Promińskiego, pasjonata lokalnej historii, który od lat bada dzieje regionu.
Musimy cofnąć się do czasów, gdy ziemia dąbrowska była areną krwawych przemarszów wojsk, powstań narodowych i wojennych zawieruch – tłumaczy Krzysztof Promiński. – Wtedy nie było bezpiecznych banków, a plebania, jako jedno z najbogatszych miejsc w okolicy, zawsze stawała się pierwszym celem dla maruderów, obcych żołnierzy czy zwykłych rzezimieszków. Proboszczowie, będący często powiernikami nie tylko kościelnego, ale i parafialnego majątku, musieli działać szybko. Zakopanie kosztowności w ziemi, pod podłogą świątyni lub w pobliżu charakterystycznego drzewa było wówczas jedyną skuteczną polisą ubezpieczeniową.
Według lokalnego przekazu duchowny zabezpieczył kosztowności w pośpiechu, wiedząc, że nadciąga niebezpieczeństwo. Krąg wtajemniczonych ograniczał się prawdopodobnie do zaledwie dwóch lub trzech zaufanych osób.
W tamtych realiach wystarczyła nagła śmierć kapłana, epidemia tyfusu albo aresztowanie i wywózka na Sybir, by tajemnica miejsca ukrycia przepadła na zawsze – zauważa Promiński. – I tak właśnie stało się w tym przypadku. Właściciel nigdy po swój depozyt nie wrócił. Została tylko legenda i wielkie pytanie: gdzie szukać?
Gdzie kryje się prawda?
Przez dziesięciolecia krajobraz regionu drastycznie się zmienił. Tam, gdzie kiedyś biegły piaszczyste trakty, dziś leży asfalt. Zniknęły stare młyny, wiekowe dęby runęły ze starości, a granice dawnych parafialnych gruntów zatarły się w pamięci mieszkańców. Czy to oznacza, że depozyt przepadł na zawsze?
To jest w tym wszystkim najpiękniejsze – uśmiecha się Krzysztof Promiński. – Ludzie szukają złota, ale zapominają, że największą wartością jest sama ta opowieść. Czy ten depozyt istniał? Moim zdaniem tak. Wiele takich pamiątek przeszłości na Podlasiu odnajdowano zupełnie przypadkiem podczas prac polowych czy rozbiórki starych fundamentów. Czasem były to carskie ruble w glinianym garnku, innym razem srebrne naczynia liturgiczne zawinięte w przegniłe płótno. Kto wie, ile takich depozytów wciąż czeka na swojego odkrywcę głęboko pod darnią.
Pamięć cenniejsza niż złoto
Dziś legenda o „skarbie proboszcza” żyje nowym życiem. Choć współczesny świat domaga się twardych dowodów i współrzędnych GPS, siła tej opowieści tkwi w jej niedopowiedzeniu. Każdy spacerowicz mijający starą kapliczkę czy wiekową, dziką gruszę na skraju pola może przez chwilę poczuć dreszcz emocji, myśląc, że to właśnie „tu”.
Nawet jeśli nikt nigdy nie natrafi na zardzewiałą skrzynkę pełną kosztowności, ziemia dąbrowska już ma swój skarb. Jest nim pamięć o przeszłości – o ludziach, którzy tu żyli, bali się, kochali i próbowali przetrwać najtrudniejsze momenty dziejowe. Dopóki ta historia jest przekazywana kolejnym pokoleniom, postać proboszcza i jego tajemnica pozostają żywe.
Pan Krzysztof zastanawia się, czy pewnego dnia, podczas zwykłego spaceru lub prac w ogrodzie, ziemia nie zdradzi w końcu tego, co od dawna skrywa…
(Ewa Bochenko)

