Truskawkowy szał w Janowie. Samozbiory w gospodarstwie Łapińskich przyciągają tłumy, które wolą pot i słońce od wygodnych zakupów w markecie. Dla jednych to ucieczka od miejskiego zgiełku i oszczędność, dla innych – sentymentalna podróż do czasów dzieciństwa i twarda lekcja szacunku do pracy rolnika. „To uczy pokory wobec jedzenia” – mówią uczestnicy, którzy z Janowa wyjeżdżają z pełnymi łubiankami i bezcennymi wspomnieniami.
W czasach, gdy większość naszych zakupów spożywczych ląduje w plastikowych opakowaniach na supermarketowych półkach, w Janowie rośnie w siłę trend, który całkowicie odwraca ten proces. Gospodarstwo Łapińskich stało się lokalnym centrum prawdziwego fenomenu – samozbiorów. Zamiast kupować gotowe, zerwane wcześniej owoce, setki ludzi decyduje się spędzić wolny czas na polu, schylając się po najsłodsze okazy truskawek czy rzadkich jagód goji. To nie tylko sposób na tańsze zakupy, ale przede wszystkim powrót do korzeni, lekcja pokory wobec ziemi i doskonały pomysł na rodzinny weekend.
Pole pełne ludzi, wspomnień i zapachu dzieciństwa
W minioną sobotę pole w Janowie tętniło życiem od samego rana. Rodziny z dziećmi, pary i starsi mieszkańcy regionu z koszykami i łubiankami w dłoniach przemierzali równe rzędy obficie owocujących krzewów. Wśród zbierających spotkaliśmy panią Annę Krutul, dla której wizyta w gospodarstwie Łapińskich miała wymiar niezwykle osobisty i emocjonalny.
Moi rodzice, gdy byłam dzieckiem, prowadzili dużą plantację, więc zapach ziemi i świeżo zerwanej truskawki mam po prostu w genach. Właściwie od małego te truskawki zbierałam, to był stały rytm naszych letnich miesięcy – wspomina z rozrzewnieniem spotkana na polu Anna Krutul . – Dziś chciałam pokazać mojemu synowi, jak kiedyś wyglądała codzienność jego mamy. Chciałam, żeby poczuł ten sam zapach, ten sam przyjemny ciężar w koszyku i zmęczenie w plecach, które na koniec przynosi niesamowitą satysfakcję. Mimo że żyjemy w czasach, gdzie dużo łatwiej, szybciej i wygodniej jest po prostu pójść do dyskontu i kupić plastikowe pudełko owoców, ja bez wahania wybrałam zbieranie własnoręczne. To nie tylko powrót do moich najpiękniejszych lat, ale też genialna, aktywna przygoda i sposób na wartościowe spędzenie czasu z dzieckiem z dala od ekranów telefonów.
Dla pani Anny i wielu innych odwiedzających, samozbiory to coś znacznie głębszego niż tylko zapełnienie domowej spiżarni tanim kosztem. To ważny element edukacji ekologicznej i społecznej, której tak bardzo brakuje w nowoczesnym świecie.
Zauważam, że samozbiory stają się coraz silniejszym trendem i ogromnie mnie to cieszy. One w piękny sposób przypominają naszemu wygodnemu społeczeństwu, że jedzenie nie rodzi się magicznie na półkach w supermarketach. Taka praca na kolanach, w pełnym słońcu, uczy niesamowitego szacunku do żywności i dodaje nam wszystkim trochę pokory. Pokazuje młodym ludziom, ile potu i trudu kosztuje wyprodukowanie w Polsce tego, co później bezrefleksyjnie ląduje na naszych talerzach. Mój syn po godzinie na polu zapytał, czy możemy odpocząć, i nagle zrozumiał, że te owoce nie zbierają się same. To najlepsza lekcja biologii i przedsiębiorczości, jaką mogłam mu zafundować – podkreśla nasza rozmówczyni.
Ekonomia, jakość i wolność wyboru
Poza wymiarem edukacyjnym i rodzinnym, kluczowa pozostaje kwestia ekonomiczna oraz bezkompromisowa jakość. Owoce zbierane własnoręcznie są tańsze, a selekcji dokonujemy sami – do koszyka trafiają wyłącznie te najbardziej dojrzałe, jędrne i najsłodsze sztuki.
Proszę tylko spojrzeć wokół, ile tu jest ludzi. Oni autentycznie pragną tego kontaktu z naturą i chcą sami pracować na swoje jedzenie. Różnica w cenie między owocami, które są już zebrane przez pracowników, a tymi zebranymi przez nas osobiście, to raptem 2,50 zł na kilogramie. Dla jednych to mało, dla innych przy robieniu zapasów na zimę, dżemów czy kompotów, to już konkretna oszczędność. Ale dla mnie najważniejsza jest ta jakość. Te truskawki nie gniotły się w transporcie, nie leżały w chłodniach, nie dotykały ich dziesiątki rąk. Są czyste, pachnące słońcem i zerwane dokładnie wtedy, gdy osiągnęły pełnię smaku – zauważa jej towarzyszka Sylwia.
Jagody goji – rarytas, na który trzeba zapracować
Gospodarstwo Łapińskich w Janowie słynie nie tylko z tradycyjnych truskawek. Właściciele odważnie postawili również na uprawę malin czy niszowych, niezwykle zdrowych jagód goji, uznawanych na całym świecie za „superfood”. W ich przypadku formuła samozbiorów okazała się jedyną drogą, by wejść w posiadanie tych drogocennych owoców w świeżej formie.
Owoce goji, które również rosną na tym polu, to absolutny hit, ale w zasadzie nie były one dostępne w opcji „od ręki” w gotowych opakowaniach – wyjaśnia Anna Krutul. – Właściciele mają tak ogromną ilość pracy przy przy samozbiorach, że od początku w sobotę stawiali sprawę jasno: owoce goji są, obrodziły wspaniale, ale jeśli ktoś ma na nie ochotę, musi wejść między krzewy i nazbierać je sobie sam. I to jest genialne posunięcie.
Dodaje, ze dzięki temu miała unikalną szansę na zdobycie świeżych, polskich jagód goji, które w sklepach kosztują fortunę i zazwyczaj są dostępne tylko w wersji suszonej, sprowadzanej z drugiego końca świata.
Tutaj dostajemy bombę witaminową prosto z krzaka, płacąc ułamki rynkowych cen, a jedyną walutą jest nasz własny czas i zaangażowanie.
Nowy model rolnictwa blisko ludzi
Sukces samozbiorów w Janowie to wyraźny sygnał, jak bardzo współczesny konsument tęskni za autentycznością, transparentnością i bezpośrednim kontaktem z producentem żywności. Dla rolników to szansa na ominięcie marż pośredników i budowanie lojalnej społeczności wokół swojego gospodarstwa. Dla mieszkańców miast – to zdrowy reset, ucieczka od zgiełku i powrót do prostych, dających głęboką satysfakcję czynności.
Wszystko wskazuje na to, że janowska tradycja z roku na rok będzie przyciągać coraz większe rzesze entuzjastów zdrowego i świadomego życia.
Ale to nie dotyczy tylko Janowa. My i nasi znajomi coraz chętniej korzystamy z takiej formy zdobycia owoców i warzyw – podsumowuje Anna.
Z samozbiorów w Janowie można korzystać niemal każdego dnia, nie tylko w weekendy. O tym, kiedy konkretnie, właściciele gospodarstwa informują na swoim profilu na Facebooku „Gospodarstwo ogrodnicze Łapińscy sprzedaż i samo zbiór”.
(Ewa Bochenko)

