W Suchowoli i w Suwałkach 8 maja odbyły się otwarte spotkania z Markiem Wochem, liderem Federacji Bezpartyjni i Samorządowcy oraz kandydatem w wyborach prezydenckich. Wśród gości, obok rolników i lokalnych działaczy, znaleźli się politycy z regionu, tacy jak Mieczysław Baszko i były minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel. Jednak to nie formalna atmosfera, a bezkompromisowa szczerość i cięty język głównego gościa zdominowały dyskusję, odsłaniając kulisy budowania ruchu alternatywnego dla partyjnych gigantów.
Spotkanie, zorganizowane przez pełnomocnika federacji w województwie podlaskim Mieczysława Baszkę, miało być platformą do rozmowy o sprawach kluczowych dla Polski lokalnej. Dyskutowano o wyzwaniach stojących przed rolnictwem, problemach samorządów i codziennym życiu mieszkańców. Szybko jednak okazało się, że Marek Woch przyjechał nie tylko, by słuchać, ale by przedstawić twardą i często bolesną diagnozę stanu państwa i samej polityki.
Weteran bezpartyjności w świecie modnych haseł
Trzynaście lat niosę niezależność. A teraz bezpartyjność stała się modna, podczas gdy lata całe wszyscy się ze mnie śmiali – tymi słowami Woch rozpoczął swoją opowieść o politycznej drodze.
Podkreślał, że jego celem nigdy nie było stworzenie kolejnej partii, lecz federacji – sojuszu niezależnych środowisk. Ta droga była jednak wyboista, naznaczona rozczarowaniami.
Zależało mi na tym, by był to komitet krajowy. Niestety, ci, którzy wypromowali się na naszych listach, znaleźli się potem w partiach – przyznał gorzko, nawiązując do polityków, którzy potraktowali jego ruch jako trampolinę do kariery.
Mimo to, nie uważa tego za porażkę.
Środowisko po wyborach do Sejmu się oczyściło – stwierdził, dając do zrozumienia, że trudne lekcje pozwoliły oddzielić ideowców od koniunkturalistów.
Dlatego teraz twardo deklaruje, że federacja szykuje się na samodzielny start.
Nie po to broniłem od lat szyldu federacji, by teraz wchodzić z kimś w koalicję. A mój kompas jest jasny. Wiem, po której stronie stoimy i jakie mamy wartości. To rodzina, patriotyzm.
„Bezobjawowe struktury” i odporność hydraulika
Woch mówił, że niedawno usłyszał na jednym ze spotkań, że ich struktury na Podlasiu są „bezobjawowe”.
Podałem wtedy nazwisko Baszko, co wywołało zamieszanie. Już nie chciałem dobijać nazwiskiem ministra Jurgiela.
Sam siebie określa mianem „symetrysty politycznego”, a swoją motywację do startu w wyborach tłumaczy, odcinając się od finansowych pobudek.
Nie robię tego, by zyskać 10 tysięcy brutto i pieniądze z kilometrówki, bo jeżdżę za swoje – zapewnił.
Skąd czerpie odporność na realia politycznej walki? Odpowiedź okazała się zaskakująca i obrazowa.
Nie rusza mnie polityczne szambo, bo uczyłem się na hydraulika i w szambie już grzebałem.
Niedokończona rewolucja i anarchia prawna
Diagnoza Wocha sięga głębiej niż bieżące spory. Jego zdaniem fundamentalnym problemem Polski jest system prawny, który nie został uzdrowiony po upadku komunizmu.
Uważam, że komuna by się skończyła, gdybyśmy po 1989 zmienili prawo. A to się nie stało. Żyjemy w anarchii prawnej – stwierdził stanowczo.
Dodał, że ta frustracja przez lata pchała go na ulice, przez co zyskał miano „naczelnego prezesa protestów”.
Dziś jednak energię chce skupić na budowie siły politycznej, która będzie w stanie realnie wpłynąć na zmianę prawa. Wierzy, że ludzie nie oczekują kolejnych jałowych kłótni, ale konkretnych rozwiązań. Oczekują skuteczności, której od lat brakuje na polskiej scenie politycznej.
(EB)

