Wypadek odebrał mu władzę w rękach i nogach, ale nie odebrał mu woli walki. Jarosław Łukaszuk, były kierowca zawodowy z Podlasia, po dramatycznym dachowaniu usłyszał wyrok: niedowład czterokończynowy. Dziś nie tylko pracuje i utrzymuje rodzinę, ale też udowadnia, że życie na wózku nie musi oznaczać zamknięcia w czterech ścianach. Aby jednak zachować resztki wywalczonej samodzielności, potrzebuje pomocy, której polski system ochrony zdrowia nie jest w stanie mu zapewnić.
To nie był spektakularny moment, o którym pisze się w wielkich nagłówkach. Zwykły, mroźny poranek 3 grudnia 2018 roku. Droga była śliska, pokryta zdradliwym szronem. Jarosław Łukaszuk, kierowca zawodowy z Podlasia, jak każdego innego dnia wsiadł do samochodu, by ruszyć do pracy. Kochał ten zawód – dawał mu poczucie absolutnej wolności. Sam na sam z maszyną, odpowiedzialny za ładunek, wolny od biurowych ram.
W ułamku sekundy ta wolność została mu odebrana.
Auto wpadło w poślizg. Potem był gwałtowny taniec blachy, dachowanie i głuchy trzask uderzenia o dno przydrożnego rowu. Jarosław nie stracił przytomności. Leżał w rozbitym wraku, słysząc stygnący silnik i własny, przyspieszony oddech. Chciał się poruszyć, otrzepać, wyjść. Wtedy poczuł to po raz pierwszy – przerażającą, obcą ciszę we własnym ciele.
Diagnoza ze szpitala brzmiała jak wyrok bez prawa do apelacji: uraz kręgosłupa w odcinku szyjnym na poziomie C6 – C7. Niedowład czterokończynowy. Miał wtedy 34 lata. Połowę życia za sobą, drugą połowę przed. Tyle że tę drugą musiał zacząć pisać od nowa. Na wózku.
Ciężarówka zamieniona na laptopa
Moje życie po wypadku obróciło się o 180 stopni – mówi dziś Jarosław.
Choć zaraz poprawia się z uśmiechem, że wypadek właściwie wywrócił je o pełne 360 stopni, zataczając koło i rzucając go z powrotem w to samo miejsce, ale w zupełnie innej roli.
Przez lata Jarek patrzył na świat z wysokości kabiny wielkiej ciężarówki. Dziś patrzy na niego z perspektywy siedzącej, z wysokości niespełna metra i dwudziestu centymetrów. Co ciekawe, nie porzucił transportu. Pracuje w tej samej branży, ale – jak sam mówi – „z drugiej strony ekranu”. Nie trzyma już w dłoniach kierownicy, lecz myszkę i klawiaturę komputera. Jako dyspozytor koordynuje pracę innych kierowców.
Są wspomnienia. Kiedy widzę chłopaków na mapie GPS, jak się poruszają, jakimi drogami jadą, co widzą przed sobą, to czasami łezka w oku się zakręci. Człowiek oddałby tak wiele, żeby móc pojechać jeszcze w jedną, ostatnią trasę. Przeżyć to znowu. Poczuć tę niezależność.
Praca przy komputerze stała się jednak jego kotwicą. Budzik dzwoni o 6 rano. Nie ma czasu na rozczulanie się nad sobą, bo o 7 trzeba otworzyć laptopa, sprawdzić statusy, odpisać na wiadomości, zaplanować trasy.
Ta praca trzyma mnie przy życiu. Wiem, że muszę wstać, ogarnąć się. Wiem, że kierowcy na mnie liczą, a ja liczę na nich. Świadomość, że jestem komuś potrzebny – nie tylko mojej rodzinie jako mąż i ojciec, ale też w pracy, jako profesjonalista – daje mi niesamowitą motywację.
W pracy Jarek postawił sprawę jasno. Podczas pierwszej rozmowy ze swoim szefem poprosił tylko o jedno: żadnej taryfy ulgowej. Chciał być traktowany dokładnie tak samo jak każdy inny, pełnosprawny pracownik. Pracuje zdalnie, raportuje swoje zadania, a jedynym ułatwieniem jest wyrozumiałość przełożonego, gdy Jarek musi nagle wyjechać na konsultację medyczną. Te godziny i tak zawsze sumiennie odpracowuje wieczorami.
Walka z grawitacją i „szklany sufit” samodzielności
Codzienność z porażeniem czterokończynowym to jednak nieustanna, cicha wojna z materią. Jarek przez osiem lat wypracował ogromną determinację, ale fizjologii i fizyki nie da się oszukać samym uporem.
Trenuję swój organizm do granic wytrzymałości. Ale pewnych rzeczy nie przeskoczę. Samodzielne ubranie się, wysoki krawężnik, który dla pieszego jest niezauważalny, a dla mnie staje się ścianą nie do pokonania. Albo zwykłe podniesienie czegoś z podłogi. Kiedy upuścisz klucze czy telefon, a nikogo nie ma w pobliżu, kombinujesz na tysiąc sposobów. I czasem po prostu musisz uznać wyższość grawitacji. Nie zrobisz tego.
Najtrudniejsza w tym wszystkim jest psychika. Świadomość, że każdy ruch poza domem niesie ryzyko upadku. Jarek stara się jednak nie pokazywać słabości przed dziećmi. W jego domu panuje niepisana zasada, ojciec wstaje przed dziećmi i kładzie się spać po nich.
Chcę, żeby widzieli, że wszystko jest normalnie. Nawet jeśli mam zły dzień, jeśli wszystko mnie boli, staram się być aktywny. Rodzic nie powinien leżeć w łóżku, kiedy dzieci tętnią życiem. Robię to dla nich. Przed wypadkiem ciężko pracowałem, żeby utrzymać rodzinę, żeby byli ze mnie dumni. Teraz robię dokładnie to samo, tylko narzędzia mam inne.
Znieczulica w smartfonie
Osiem lat na wózku dało Jarkowi też trudną lekcję socjologii. Zauważa, że z biegiem lat empatia w ludziach drastycznie maleje. Zastępuje ją obojętność, a czasem wręcz ucieczka wzrokiem.
Czasami stawiam sobie wyzwania. Będąc w Białymstoku, postanowiłem, że nie będę angażował rodziny do pakowania mnie do auta i z powrotem. Chciałem przejechać kawałek drogi do szpitala sam, na wózku. Trafiłem na podjazd, było stromo, pogoda nie sprzyjała. Opadłem z sił. Pochyliłem się głęboko nad kołami, żeby złapać oddech, ciężko dyszałem. I wie pan co? Ludzie po prostu przechodzili obok. Patrzyli w swoje smartfony. Inni omijali mnie szerokim łukiem, udając, że nie widzą człowieka, który być może właśnie mdleje.
Jarek wspomina też sytuacje, które bolą najbardziej – te z udziałem dzieci. Dzieci z natury są ciekawe, patrzą na wózek z naturalnym zainteresowaniem.
Zamiast wytłumaczyć dziecku, o co chodzi, rodzice natychmiast łapią je za rękę, odwracają głowę, przechodzą na drugą stronę ulicy. Jakby niepełnosprawność była zaraźliwa. To nie jest złość z ich strony, to chyba po prostu brak wiedzy, kompletna bezradność.
Na szczęście, jak zaznacza, wciąż zdarzają się ludzie o dobrych sercach, którzy bez pytania podbiegają, by pomóc przy krawężniku czy otworzyć ciężkie drzwi.
Każdy ma swój własny uraz
Gdyby Jarek miał dziś spotkać kogoś, kto właśnie obudził się na oddziale intensywnej terapii po podobnym wypadku, nie mówiłby tanich frazesów.
Nienawidzę, kiedy ktoś mówi „słuchaj, będzie dobrze, staniesz na nogi”. Ludzie chcą pocieszyć, a tak naprawdę tylko pogłębiają ból, bo uświadamiają ci, jak bardzo twoje życie legło w gruzach. Nie cierpię też porównywania „o tamten na wózku robi to i to, czemu ty tego nie robisz?”. Nie ma dwóch takich samych urazów. Każdy organizm reaguje inaczej, każdy ma inną barierę bólu i inne uszkodzenia nerwów. Jeden uczy się czegoś w miesiąc, inny potrzebuje lat.
Jego rada? Dać sobie czas. Nie gonić za tym, co będzie za rok. Organizm i psychika muszą same dojrzeć do nowej rzeczywistości.
Zawsze masz wybór. Możesz położyć się do łóżka, popaść w depresję, trafić do szpitala psychiatrycznego i tam wegetować. Ja tak nie chciałem. Wybrałem życie, nawet jeśli to życie boli.
Cena samodzielności. System, który nie widzi potrzeb
Życie na wózku w Polsce to jednak nie tylko walka z własnym ciałem i barierami architektonicznymi. To także brutalne zderzenie z ekonomią. Jarek przyznaje, że po wypadku koszty jego utrzymania wzrosły drastycznie.
Rehabilitacja, stałe wizyty u specjalistów i leki, które kiedyś były refundowane, a dziś potrafią kosztować 500 złotych za jedną wizytę w aptece. Do tego dochodzi kwestia sprzętu.
Wózek aktywny, na którym Jarek spędza połowę swojego życia, zużywa się jak każdy inny pojazd. Ten, którego używa obecnie, ma już sześć lat. Jarek trochę przybrał w biodrach, wózek stał się za ciasny, co grozi powstawaniem niebezpiecznych dla życia odleżyn.
Ceny sprzętu medycznego są kosmiczne. Dobry, lekki wózek, dostosowany do moich potrzeb, na którym nie będę się wstydził wyjechać do ludzi, kosztuje od 20 do 25 tysięcy złotych. Dofinansowanie z NFZ czy PFRON to zaledwie ułamek tej kwoty. Resztę trzeba dołożyć samemu.
Jarek nie lubi prosić o pomoc. Sam, na ile może, wspiera inne zbiórki, przelewając symboliczne kwoty dla ludzi w potrzebie. Dzisiaj jednak sam stoi przed ścianą finansową i zmuszony jest prosić o wsparcie poprzez zbiórkę na platformie fundacji Avalon.
Wózek dla człowieka z porażeniem czterokończynowym to nie jest luksusowy gadżet. To jego nogi, jego godność i jego jedyne okno na świat. To narzędzie, które pozwala mu codziennie rano zamknąć klapę laptopa, wyjechać przed dom i po prostu spojrzeć w słońce.
Można pomóc
Jarosław Łukaszuk prowadzi zbiórkę na zakup nowego wózka inwalidzkiego za pośrednictwem Fundacji Avalon. Każda, nawet symboliczna wpłata, przybliża go do zachowania samodzielności i dalszej walki o normalne życie dla siebie i swojej rodziny.
Można go wesprzeć przekazując darowiznę fundacji Avalon, na nr konta 62 1600 1286 0003 0081 8642 6001, tytułem : Lukaszuk, 10767.
(EB)

