Zamiast odkładać na czarną godzinę, postanowił zorganizować sobie luksusowy weekend życia. 39-latek podkradł swojemu współlokatorowi 2000 złotych oraz 400 dolarów, po czym ruszył w miasto taksówkami, nie żałując sobie dobrego jedzenia i mocnych trunków. Wielką imprezę przerwali mu jednak policjanci. Mundurowi znaleźli resztę łupu ukrytą w szafce, a samego amatora cudzych oszczędności – z blisko trzema promilami w organizmie – zaprosili na darmowy nocleg w policyjnym areszcie. Teraz grozi mu do pięciu lat więzienia.
Wyobraź sobie taką sytuację. Wracasz zmęczony po ciężkim dniu w pracy, marząc jedynie o ciepłym posiłku i świętym spokoju. Zaglądasz do portfela zostawionego w pokoju na stancji, a tam zamiast ciężko zarobionej gotówki hula wiatr. Dokładnie taki scenariusz przeżył jeden z mieszkańców Białegostoku, który zorientował się, że z jego portfela wyparowała pokaźna sumka.
Podejrzenie natychchmiast padło na współlokatorów. Gdy na miejsce wezwano już policję, do mieszkania – jak gdyby nigdy nic – wkroczył 39-letni współnajemca. I tu zaczyna się historia rodem z komedii pomyłek.
Taksówką na obiad, a potem na jednego
Mundurowi nie potrzebowali szklanej kuli ani skomplikowanego śledztwa. Szybko zaczęli pytać 39-latka, czy przypadkiem nie wie czegoś o nagłym zniknięciu oszczędności kolegi. Mężczyzna, u którego badanie alkomatem wykazało później blisko trzy promile alkoholu w organizmie, postanowił być uosobieniem szczerości.
Z rozbrajającą otwartością przyznał, że tak, to on pożyczył sobie gotówkę. Co więcej, zdążył już wdrożyć w życie plan „żyj szybko, baw się dobrze”. Skradzione fundusze przeznaczył na trzy najważniejsze filary udanego (jego zdaniem) wieczoru:
- ekskluzywne przejazdy taksówkami,
- dobre jedzenie,
- całe morze alkoholu.
Szafka pełna niespodzianek i bilet do celi
Choć fantazja ułańska poniosła 39-latka dość daleko, nie zdołał przepuścić całej kwoty. Policjanci postanowili sprawdzić jego szafkę i… niespodzianka. Znaleźli tam resztę skradzionych złotówek oraz dolarów.
Zamiast luksusowej taksówki, kolejną podróż imprezowicz odbył już policyjnym radiowozem prosto do aresztu, gdzie miał czas na przemyślenia i trzeźwienie.
Morał z tej historii? Życie na bogato za pieniądze współlokatora bywa niezwykle krótkie. Teraz amatorowi darmowych przejazdów i wystawnych kolacji grozi darmowy wikt i opierunek w zakładzie karnym. I to nawet na pięć lat. Tam jednak menu jest znacznie skromniejsze, a taksówki nie kursują.
(Ewa Bochenko)

