W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku przeprowadzono kolejne w tym roku pobranie wielonarządowe. Dzięki skomplikowanej akcji logistycznej, zaangażowaniu dziesiątek specjalistów oraz policyjnego śmigłowca uratowano życie pacjentów w kilku zakątkach Polski. U podstaw tego medycznego cudu leży jednak przede wszystkim trudna i piękna decyzja jednej z rodzin.
Do zdarzenia doszło w poniedziałek, 25 sierpnia. Było to już ósme pobranie wielonarządowe w białostockim USK od początku tego roku. Każda taka procedura to gigantyczne przedsięwzięcie, w którym najważniejszą rolę odgrywa czas. W transplantologii sekundy decydują o powodzeniu całej misji – serce musi trafić do biorcy w ciągu zaledwie czterech godzin, wątroba w 12, a nerki w 24 godziny.
Podniebna logistyka na ratunek życiu
Mieszkańcy Białegostoku mogli we wtorek na własne oczy śledzić niezwykły element tej operacji. Na lądowisku dachowym USK wylądował policyjny śmigłowiec Bell. Tego typu maszyny pojawiają się tu bardzo rzadko. Tym razem helikopter był ważnym ogniwem w łańcuchu ratowania życia – jego zadaniem było błyskawiczne przetransportowanie pobranego serca na lotnisko w Modlinie, skąd specjalnym samolotem poleciało ono bezpośrednio do Wrocławia.
Równolegle w Białymstoku pracował zespół transplantacyjny z Warszawy. Pozyskana wątroba została przetransportowana drogą lądową do stolicy. Z kolei nerki oraz rogówki pozostały w Białymstoku, niosąc ratunek pacjentom na miejscu. Wszystkie pobrane narządy zostały już pomyślnie przeszczepione.
Niewidzialni bohaterowie drugiego planu
Za sukcesem tej skomplikowanej operacji stoi armia ludzi, których praca na co dzień pozostaje niewidoczna. To lekarze różnych specjalizacji, pielęgniarki, anestezjolodzy, personel techniczny, służby transportowe oraz koordynatorzy transplantacyjni, którzy musieli zgrać w czasie pracę zespołów z Białegostoku, Warszawy i Wrocławia.
Wszystko musi być zaplanowane i przeprowadzone z ogromną precyzją – podkreślają medycy.
Wtorkowa akcja pokazała, że polska transplantologia potrafi działać jak doskonale naoliwiona maszyna.
Najważniejsza decyzja w cieniu tragedii
Choć nowoczesna technologia, śmigłowce i kunszt chirurgów budzą ogromny podziw, w środku tej historii jest dramat i wielkoduszność konkretnych ludzi. Szansy na nowe życie dla kilku chorych osób nie byłoby, gdyby nie postawa rodziny zmarłej dawczyni. To 40-latka, którą dotknął udar.
W obliczu nagłej, niewyobrażalnej tragedii i straty bliskiej osoby, rodzina podjęła decyzję o przekazaniu narządów. To dzięki ich sile i empatii, w najtrudniejszym momencie życia, inni ludzie – do wtorku pozbawieni nadziei – otrzymali najpiękniejszy możliwy dar: szansę na zdrowie, powrót do sprawności i drugie życie.
(Ewa Bochenko)

