Sto lat skończyła Grażyna Jedlińska, białostocka Sybiraczka, która jako dziecko straciła ojca i trafiła na zesłanie w okolice Archangielska. Z okazji wyjątkowego jubileuszu odwiedził ją dyrektor Muzeum Pamięci Sybiru prof. Wojciech Śleszyński wraz z pracownikami placówki, wręczając kwiaty i drobny upominek. Mimo trudnych przeżyć pani Grażyna do dziś zachowała pogodę ducha i piękny uśmiech.
Sto lat życia, w tym takiego, którego nikomu nie życzymy – a mimo to, na koniec, wciąż piękny uśmiech. Grażyna Jedlińska, Sybiraczka z Białegostoku, obchodziła w połowie miesiąca setne urodziny, a z gratulacjami pofatygował się do niej sam dyrektor Muzeum Pamięci Sybiru.
Prof. Wojciech Śleszyński wraz z pracownikami muzeum odwiedził jubilatkę, by w imieniu całego zespołu wręczyć jej bukiet kwiatów i drobny upominek. Wizyta była okazją nie tylko do świętowania okrągłej rocznicy, ale i do zwyczajnej, ciepłej rozmowy – o wnukach, a nawet prawnukach, czyli o tym, co w setnych urodzinach najpiękniejsze: o dowodzie na to, że życie toczy się dalej.
Dzieciństwo przerwane przez wojnę
Grażyna Jedlińska, z domu Dauksza, przyszła na świat 16 lipca 1926 roku. Dzieciństwo spędzała spokojnie, pod Pińskiem, w otoczeniu rodziców, dwóch sióstr i brata. Ten spokój skończył się we wrześniu 1939 roku wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej. Wtedy właśnie rozstrzelano jej ojca.
Cios, który miał być najgorszym, jaki mogła spotkać rodzinę, nie był jednak ostatnim. Zaledwie kilka miesięcy później, w lutym 1940 roku, razem z mamą i rodzeństwem trafiła na zesłanie w okolice Archangielska, tysiące kilometrów od domu, w zupełnie inny, mroźny świat.
Powrót po latach i nowe życie w Białymstoku
Na powrót do domu rodzina musiała czekać aż do 1946 roku. To był powrót do Polski, ale nie do dawnego życia, bo tego już nie dało się odzyskać. Nowy rozdział zaczął się dekadę później. Od 1956 roku pani Grażyna związana jest z Białymstokiem, gdzie mieszka do dziś.
Patrząc na tę biografię, trudno o coś więcej niż milczący podziw. Bo mimo doświadczeń, które mogłyby złamać niejednego, pani Grażyna zachowała pogodę ducha i piękny uśmiech – i to chyba najlepsze podsumowanie stu lat, jakie mogła sobie wymarzyć.
Dyrektor Wojciech Śleszyńki życzył jej zdrowia, radości i samych pięknych chwil w gronie najbliższych.
(Ewa Bochenko)

