Nagłe pogorszenie stanu zdrowia po pozornie niegroźnej infekcji doprowadziło 35-letniego mieszkańca regionu na granicę życia i śmierci. W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku lekarze zdecydowali się na rozwiązanie, które dotąd nie było stosowane w tej placówce – jednoczesne wykorzystanie dwóch zaawansowanych systemów wspomagających krążenie. Przez kilkanaście dni to właśnie one przejęły funkcję serca pacjenta, dając organizmowi czas na regenerację.
Początek całej historii nie zapowiadał dramatu. Mężczyzna, jak wielu innych w okresie wiosennym, zmagał się z objawami przypominającymi przeziębienie lub grypę – gorączką, bólem głowy i ogólnym osłabieniem. Leczył się samodzielnie w domu, jednak po około dwóch tygodniach jego stan gwałtownie się pogorszył. Pojawiły się problemy z oddychaniem i skrajne wyczerpanie, które uniemożliwiało nawet wykonywanie podstawowych czynności. Lekarz rodzinny nie miał wątpliwości – konieczna była pilna hospitalizacja.
Po przyjęciu do szpitala diagnoza była poważna: ciężka niewydolność serca oraz groźne zaburzenia rytmu. Początkowo leczenie przyniosło poprawę, jednak już drugiego dnia sytuacja diametralnie się zmieniła. Parametry życiowe zaczęły się pogarszać, a stan pacjenta szybko stał się krytyczny. Zespół kardiologów natychmiast zdecydował o rozszerzeniu terapii i wezwaniu kardiochirurgów.
Jak wyjaśniali lekarze, doszło do wstrząsu kardiogennego – sytuacji, w której serce praktycznie przestaje pompować krew. W takich przypadkach liczy się każda minuta. Jedyną realną szansą na uratowanie życia było zastosowanie systemu ECMO, czyli pozaustrojowego wspomagania krążenia i oddychania. Urządzenie to natlenia krew i zapewnia jej przepływ, przejmując najważniejsze funkcje niewydolnych narządów. Decyzja zapadła błyskawicznie, a cały proces podłączenia aparatury trwał zaledwie kilkanaście minut.
Początkowo organizm dobrze odpowiedział na terapię. Stan pacjenta ustabilizował się, jednak lekarze przewidywali, że to może być tylko chwilowa poprawa. ECMO, choć ratuje życie, przy dłuższym stosowaniu obciąża serce i utrudnia jego regenerację. Gdy po dwóch dniach parametry znów zaczęły się pogarszać, konieczne było wdrożenie kolejnego rozwiązania.
Do leczenia włączono specjalną pompę odbarczającą lewą komorę serca, która wspiera przepływ krwi do aorty. W praktyce oznaczało to, że dwa niezależne systemy zaczęły jednocześnie podtrzymywać funkcje organizmu. Taka kombinacja działa jak krótkotrwałe, sztuczne serce – rozwiązanie stosowane w najcięższych przypadkach, wymagające dużego doświadczenia i precyzyjnej współpracy zespołu medycznego.
W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku była to pierwsza sytuacja, w której zdecydowano się na jednoczesne wykorzystanie obu technologii. Kluczowe okazało się ścisłe współdziałanie specjalistów z różnych dziedzin – kardiologii, kardiochirurgii oraz kardiologii inwazyjnej. To właśnie szybka wymiana decyzji i skoordynowane działania pozwoliły utrzymać pacjenta przy życiu w najtrudniejszym momencie.
Wspomaganie pracy serca trwało niespełna dwa tygodnie. W tym czasie organizm stopniowo odzyskiwał zdolność do samodzielnego funkcjonowania. Najpierw odłączono system ECMO, a następnie – po kolejnych dniach stabilizacji – także pompę wspierającą lewą komorę. Stan pacjenta poprawił się na tyle, że mógł wrócić na oddział kardiologii, gdzie przejdzie dalszą diagnostykę i przygotowanie do wypisu.
Lekarze nie ukrywają, że rokowania na początku były bardzo poważne, a o powodzeniu zdecydowały godziny, a nawet minuty. Gdyby pomoc przyszła później, szanse na przeżycie byłyby minimalne. Przypadek ten pokazuje, jak groźne mogą być powikłania po pozornie niegroźnych infekcjach oraz jak ogromne znaczenie ma szybka reakcja medyczna.
Przed 35-latkiem jeszcze dalsze leczenie i szczegółowe badania, które mają odpowiedzieć na pytanie, co dokładnie doprowadziło do tak dramatycznego załamania pracy serca. Od ustalenia przyczyny zależeć będzie również to, jak zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości.
(PW)

