Sześć lat. Tyle czasu rodzina małej Anastazji czekała na przełom w sprawie, która złamała im życie. 27 maja, po latach śledztwa, prokuratura postawiła zarzuty rejestratorce medycznej jednego ze szpitali. Podejrzana jest o narażenie dziewczynki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. To historia o dramatycznej walce o dziecko, zderzeniu z murem procedur i bólu, który nigdy nie minie.
Koszmar rodziny K. rozpoczął się w kwietniu 2020 roku, w szczycie pandemii COVID-19. Ich nowo narodzona córeczka Anastazja, która przyszła na świat w domu, jako zdrowe dziecko, w dziesiątej dobie życia dostała wysokiej gorączki. Temperatura sięgała 39 stopni. Każdy rodzic wie, że taki objaw u noworodka to sygnał alarmowy.
Zadzwoniliśmy na teleporadę. Lekarz nie miał wątpliwości, kazał nam natychmiast jechać na szpitalny oddział ratunkowy – wspomina Adam, ojciec dziewczynki, wówczas żołnierz zawodowy przeszkolony w udzielaniu pierwszej pomocy.
Pół godziny, które zmieniło wszystko
Zgodnie z pandemicznymi obostrzeniami, do budynku mógł wejść tylko jeden rodzic. Z gorączkującą Anastazją na rękach poszedł pan Adam. Drzwi na SOR były zamknięte.
Przez domofon wyjaśniłem, z czym przychodzę. Wpuszczono mnie do środka, do pomieszczenia z trzema paniami za plastikową szybą – relacjonuje. – I wtedy zaczęła się gehenna. Pierwsze pytanie: jaki jest numer PESEL dziecka. Powiedziałem, że córka ma 10 dni, że numeru jeszcze nie mamy przy sobie. W odpowiedzi usłyszałem, że bez numeru PESEL nie zostanie przyjęta.
Pan Adam tłumaczył, błagał, opisywał stan córki. Bezskutecznie – jak opowiada. Twierdzi, przez blisko pół godziny próbował przekonać personel, że jego dziecko potrzebuje natychmiastowej pomocy. W pewnym momencie jedna z pielęgniarek, widząc jego desperację, użyczyła mu swojego telefonu, by mógł zadzwonić do żony czekającej w aucie. Ona również nie znała numeru PESEL.
Nie widziałem żadnej chęci pomocy. Czułem, że tracę cenny czas, który może decydować o życiu mojego dziecka. Poddałem się i wyszedłem, by szukać ratunku gdzie indziej – mówi ze ściśniętym gardłem.
Od zapalenia opon mózgowych do powolnej śmierci w domu
Jeszcze na szpitalnym parkingu rodzice zadzwonili do krewnej, która jest lekarzem. Poradziła im, by jak najszybciej zbili gorączkę. Kupili leki w aptece i wrócili do domu. Niestety, stan Anastazji gwałtownie się pogarszał. Następnego dnia rano, podczas wizyty patronażowej pielęgniarki, u dziewczynki doszło do bezdechu.
Trafiła, po reanimacji, do tego samego szpitala, który kilkanaście godzin wcześniej odmówił jej przyjęcia. Diagnoza była jak wyrok: bakteryjne zapalenie opon mózgowych, które przerodziło się w sepsę. Bakteria E. coli dokonała w maleńkim organizmie nieodwracalnych spustoszeń.
Anastazja spędziła w szpitalu 45 dni. Wróciła do domu jako pacjentka hospicjum. Jej dalsze, krótkie życie było pasmem cierpienia.
Staliśmy się jej całodobowymi opiekunami medycznymi – opowiada ojciec. – Karmienie co kilka godzin przez sondę, niekończące się ataki padaczkowe, rehabilitacja. Całe nasze życie zostało podporządkowane jej cierpieniu. Nie mogliśmy odetchnąć nawet na chwilę, bo drgawki pojawiały się także we śnie. Patrzyliśmy, jak nasze dziecko powoli gaśnie.
Mimo heroicznej walki rodziców, Anastazja zmarła 1 grudnia 2020 roku. Miała zaledwie siedem miesięcy.
Długa droga do sprawiedliwości
Zaraz po kwietniowych wydarzeniach rodzice zawiadomili prokuraturę. Śledztwo od początku było trudne. Kluczowy dowód, nagrania z monitoringu na SOR, okazał się niedostępny. Oficjalna wersja: system tego dnia nie działał. Początkowo prokuratura rejonowa umorzyła postępowanie, dając wiarę personelowi szpitala, który twierdził, że to ojciec uciekł z SOR, nie czekając na lekarza.
Jednak Adam się nie poddał. Jego zażalenie i determinacja sprawiły, że sprawę wznowiono pod nadzorem Prokuratury Okręgowej i Krajowej. Ważnym głosem w sprawie była opinia Rzecznika Praw Pacjenta, który nie miał wątpliwości, że na SOR doszło do rażących nieprawidłowości.
Po sześciu latach śledztwa, prokuratura ostatecznie postawiła rejestratorce zarzut z art. 160 § 2 Kodeksu karnego, zagrożony karą do pięciu lat więzienia. Kobieta nie przyznaje się do winy. Skorzystała też z prawa odmowy składania wyjaśnień.
To najtrudniejsze doświadczenie w naszym życiu. Pochowanie własnego dziecka to trauma, która zostaje na zawsze – mówi Adam.
Tragedia odcisnęła piętno na całej rodzinie, w tym na starszej siostrze Anastazji, Alicji, która musiała patrzeć na cierpienie i powolną śmierć siostry.
Do dziś nie możemy się pogodzić z tym okrucieństwem. Gdy na ulicy leży nietrzeźwy, ratownicy udzielają mu pomocy, nie pytając o dokumenty. Nie porzucają go. A naszą córeczkę potraktowano gorzej niż niepotrzebny śmieć. Odebrano jej szansę na życie, bo procedura była ważniejsza niż człowiek – podsumowuje cicho tata.
Sprawa trafi teraz do sądu. Dla rodziny dziewczynki to kolejny etap walki. Walki nie tylko o ukaranie winnych, ale także o pamięć ich córki i o to, by taka tragedia nigdy więcej się nie powtórzyła.
Będziemy wracać do tej sprawy.
(Ewa Bochenko)

