Budzik dzwoni o świcie. Nogi bolą jeszcze przed pierwszym krokiem. Termometr pokazuje upał. Ewa Andrysewicz spod Korycina mimo to wstaje – czeka na nią kolejna pielgrzymka różanostocka. Robi tak od 1998 roku. Magdalena Sawicka z Białegostoku też nie wyobraża sobie rozpoczęcia lata bez tej wędrówki. Obie kobiety przestały liczyć, ile razy przeszły kilometry z modlitwą na ustach. Dla nich pielgrzymowanie to nie hobby. To potrzeba.
Tegoroczna pielgrzymka różanowstocka to już 45. edycja tej tradycji. Od ponad czterech dekad w ostani weekend czerwca wierni wyruszają w drogę do Różanegosoku, by modlić się, dziękować i prosić o wstawiennictwo. Przez te wszystkie lata zmieniało się wiele – drogi, pogoda, liczba uczestników – ale nie zmieniło się jedno. Potrzeba pielgrzymowania.
Ewa Andrysewicz jest częścią tej historii od 1998 roku. Nie pamięta już dokładnie, która to była edycja, gdy po raz pierwszy założyła plecak i ruszyła w trasę. Ale pamięta, że od tamtej pory nie potrafiła przestać.
Ile razy dokładnie byłam? Przestałam liczyć. Kilka lat odpuściłam, więc załóżmy, że ze dwadzieścia razy – mówi z uśmiechem. – Ale jakbym wczoraj nie poszła, chociaż naprawdę byłam bardzo zmęczona i myślałam, że wyrzucę telefon, gdy zadzwonił budzik…to miałabym ogromne wyrzuty sumienia wobec siebie.
Dwadzieścia razy w drodze
Dla Ewy pielgrzymka to moment, na który czeka cały rok. Nie chodzi o turystykę, krajobraz czy towarzystwo – choć to też ma znaczenie. Liczy się coś innego.
Zawsze idę z intencją. Czasem proszę o coś ważnego, czasem dziękuję. Bez intencji – po co w ogóle iść? – pyta retorycznie.
To właśnie intencja nadaje sens każdemu krokowi. Bez niej pielgrzymka byłaby tylko marszem. Z nią staje się czymś więcej – osobistą rozmową, drogą do siebie i do Boga.
Urlop? Tak, ale na pielgrzymce
Ewa nie ogranicza się tylko do pielgrzymki różanostockiej. Co roku bierze urlop i wyrusza do Częstochowy – pieszo, z plecakiem, przez kilka dni.
Poszłaś raz – chcesz iść kolejny. To uzależnia – przyznaje szczerze.
Dla wielu brzmi to jak abstrakcja – urlop nie nad morzem, nie w górach, ale na szlaku pielgrzymkowym. Dla Ewy to oczywiste.
Jakbym nie poszła, miałabym wyrzuty sumienia. Naprawdę. To jest coś, na co czekam cały rok – podkreśla.
Pandemia przerwała jej serię wyjść do Częstochowy, ale w tym roku znów planuje sierpniową wędrówkę.
Pójdę, jeśli nic się nie wydarzy – mówi z nadzieją w głosie.
Trzy razy wystarczy, by się uzależnić
Magdalena Sawicka z Białegostoku na pielgrzymce różanostockiej była trzy razy. I jak sama przyznaje – to wystarczyło, by ta tradycja stała się częścią jej życia.
Pierwsza pielgrzymka to było doświadczenie. Druga – potwierdzenie. Trzecia – pewność, że będę wracać – mówi z uśmiechem.
Magdalena nie chodzi na inne pielgrzymki. Różanostocka wystarcza jej w zupełności.
To już moja tradycja. Nie potrzebuję więcej. Raz w roku, ale za to w stu procentach – wyjaśnia.
Dla niej pielgrzymka to przede wszystkim czas na refleksję i modlitwę w grupie ludzi, którzy idą z tym samym nastawieniem.
Nie jestem żadną fanatyczką. Po prostu to mi daje spokój. Duchowo mi pomaga. I wiesz co? Jakbym nie poszła, żałowałabym – przyznaje.
Strażacy z wężem, sikawki i darmowe kanapki
Pielgrzymka to nie spacer. To kilkadziesiąt kilometrów w upale, kurzu, z plecakiem na plecach i modlitwą różańcową w tle. Stopy puchną, skóra się ociera, pot zalewa oczy.
Wczoraj ratowali nas strażacy – opowiada Ewa. – Jeszcze przed postojem oblewali nas wodą z węży. Kto chciał, mógł się schłodzić. W Różanymstoku też były ściany wodne ustawione specjalnie dla pielgrzymów.
Na postojach na potników czeka zwykle zaopatrzenie: kawa, herbata, woda, kanapki, ciasto. Wszystko za darmo, z serca lokalnych społeczności.
Ludzie naprawdę nam pomagają. Dostajemy na postojach jedzenie i picie, ile chcemy. To takie wzruszające – dodaje.
Ale co z nogami? Odciski, otarcia, ból mięśni?
Pianki, maści, no i przede wszystkim – dobre obuwie – wylicza Ewa. – Ja zawsze chodzę w adidasach, takich rozchodzonych, wygodnych.
Najważniejsze, żeby były przewiewne. I ubranie – lekkie, zakryte ramiona, bo słońce pali niemiłosiernie.
Dzisiaj trochę kuleje, skóra swędzi od tak zwanej „asfaltówki” ale przejdzie – śmieje się.
Nie jestem fanatyczką, ale…
Obie kobiety zdają sobie sprawę, że dla wielu osób ich pasja może wydawać się dziwna. Urlop na pielgrzymce? Budzik o świcie w weekend? Kilometry w upale?
Wiem, niektórzy się z tego śmieją – mówi Ewa. – Ale dla mnie to nie jest kwestia śmiechu. To po prostu coś, co jest dla mnie ważne. Czekam na to cały rok. Naprawdę.
Magdalena jej wtóruje.
Trzy razy byłam i za każdym razem wracam z poczuciem, że to był dobrze spędzony czas. Nie potrzebuję więcej pielgrzymek. Ta jedna w roku mi wystarcza.
Następna w planie – Krypno
Ewa już planuje kolejną trasę. Pierwsza sobota września – pielgrzymka do Krypna.
Mam wprawdzie wtedy wesele, ale bardzo chcę iść – przyznaje.
Magdalena też nie zamierza odpuszczać. Już teraz myśli o przyszłorocznej różanostockiej – być może 46. edycji tej wyjątkowej tradycji.
Jak przyjdzie czas, znów pójdę. Bo to jest właśnie to. Droga, modlitwa, ludzie wokół, którzy idą z tym samym. I ta cisza w środku, mimo że idziesz z tłumem – mówi.
Dla Ewy i Magdaleny pielgrzymka to nie tylko tradycja. To sposób na życie. Rytm roku wyznaczają nie wakacje nad morzem, ale kolejne szlaki do miejsc świętych. I choć nogi bolą, a słońce pali – one i tak pójdą. Bo jakby nie poszły, miałyby wyrzuty sumienia. A tego żadna z nich nie chce.
(Ewa Bochenko)

