To miała być ich droga do wolnej ojczyzny. Dla kilkudziesięciu żołnierzy Armii Krajowej z Wileńszczyzny i Nowogródczyzny zakończyła się jednak tragicznym, krwawym starciem na sokólskiej ziemi. O kulisach bitwy pod Kraśnianami z końca lipca 1945 roku – jednym z najbardziej przejmujących, a zarazem zapomnianych epizodów powojennego podziemia niepodległościowego – opowiada Krzysztof Promiński, pasjonat lokalnej historii z Sokółki, który od lat rekonstruuje tamte dramatyczne wydarzenia.
Lato 1944 roku przyniosło żołnierzom Armii Krajowej na Kresach tragiczny zwrot akcji. Po wspólnym wyzwoleniu Wilna w ramach operacji „Ostra Brama”, niedawni sowieccy sojusznicy błyskawicznie zmienili front. Rozpoczęły się masowe aresztowania, rozbrajanie polskich oddziałów i wywózki do łagrów.
Ci ludzie znaleźli się w sytuacji bez wyjścia – tłumaczy Krzysztof Promiński, sokólski badacz przeszłości regionu. – Nowa granica jałtańska odcięła ich od dotychczasowych domów, a sowiecki aparat bezpieczeństwa deptał im po piętach. Dla najbardziej zagrożonych jedyną szansą na ocalenie i dalszą walkę o niepodległość był desperacki marsz na Zachód, do nowej Polski. Z bronią w ręku.
Jedną z takich grup był oddział dowodzony przez sierżanta Władysława Janczewskiego „Lalusia”, sformowany w Puszczy Rudnickiej. Liczące od kilkudziesięciu do blisko sześćdziesięciu osób zgrupowanie składało się z doświadczonych partyzantów z wileńskich i nowogródzkich oddziałów AK. Byli tam żołnierze II Batalionu 77 pp. AK legendarnego Jana Borysewicza „Krysi”, ludzie z III Brygady „Szczerbca” pod dowództwem sierż. Zygmunta Kuleszy „Maroczy”, VII Brygady „Wilhelma” pod wodzą Aleksandra Alesionka „Pioruna”, a także partyzanci z kowieńskiej placówki AK przyprowadzeni przez Franciszka Jeglińskiego „Jurka”. W grupie znajdowały się także dwie łączniczki oraz bardzo młodzi, nastoletni chłopcy.
Ścigani od pierwszego kroku
Pod koniec czerwca 1945 roku oddział wyruszył w drogę, przedzierając się przez puszcze Rudnicką i Ruską. Dzięki konspiracyjnej sieci i pomocy miejscowych, partyzanci posuwali się naprzód. W nocy z 27 na 28 lipca dwaj przewodnicy z Grodzieńszczyzny – Mieczysław Górewicz „Czeński” i Roman Charkowski „Lech” – przeprowadzili grupę przez linię graniczną między Klimówką a Nomikami.
Niestety, nie mieli pojęcia, że sowieckie oddziały graniczne namierzyły ich niemal natychmiast po przekroczeniu granicy – wskazuje Krzysztof Promiński.
Do pierwszego starcia doszło w rejonie Puciłek, gdzie Sowieci użyli psów tropiących do osaczenia odpoczywających żołnierzy. Wywiązała się gwałtowna wymiana ognia. Szczególnie ciężkie chwile partyzanci przeżyli w pobliżu szkoły w Malawiczach, na której poddaszu Sowieci rozstawili stanowisko broni maszynowej. Choć Polakom udało się wyrwać z matni, dwóch z nich odniosło ciężkie rany.
Wtedy też po raz pierwszy ujawniła się niezwykła solidarność mieszkańców Sokólszczyzny. Miejscowi gospodarze i łączniczki, ryzykując własnym życiem, ukryli rannych i zorganizowali ich bezpieczną ewakuację pod nosem krążących w kółko sowieckich patroli.
Pułapka pod Kraśnianami
Główna część oddziału maszerowała dalej. W środku upalnego dnia partyzanci zatrzymali się na kolejny odpoczynek w pobliżu Kraśnian. Nie wiedzieli, że pętla wokół nich zaciska się nieuchronnie. Miejsce postoju zostało otoczone przez połączone, wielokrotnie liczniejsze siły NKWD, Urzędu Bezpieczeństwa oraz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Krzysztof Promiński szczegółowo odtwarza tamte dramatyczne chwile.
Sierżant Janczewski błyskawicznie ocenił sytuację i podzielił swoich ludzi na trzy grupy obronne. Początkowo celny i zorganizowany ogień naszych żołnierzy przyniósł skutek – zmusił napastników do cofnięcia się. Sowieci mieli jednak przygniatającą przewagę. Na okolicznych wzgórzach rozstawili ciężkie karabiny maszynowe, a z pobliskiej Sokółki zaczęły docierać kolejne, liczne posiłki.
Rozproszony i pozbawiony możliwości manewru oddział tracił siły. Bitwa zakończyła się całkowitym rozbiciem polskiego zgrupowania. Na polu walki poległo jedenastu żołnierzy AK, pięciu zostało rannych, a czterech dostało się do niewoli. Wśród zabitych obok doświadczonych podoficerów znalazł się zaledwie 15-letni Jan Czernicki.
Cena odwagi i pamięć silniejsza niż system
Jak podkreśla sokólski historyk, bitwa pod Kraśnianami to nie tylko historia samego starcia zbrojnego, ale przede wszystkim opowieść o wielkim heroizmie lokalnej społeczności.
Mieszkańcy Kraśnian, Puciłek, Sierbowiec i okolicznych kolonii wykazali się niebywałą odwagą. Po bitwie, mimo groźby natychmiastowej śmierci lub zsyłki, ukrywali niedobitków w swoich gospodarstwach, organizowali dla nich pomoc medyczną, żywność i transport w bezpieczne rejony kraju – opowiada Promiński.
Wielu z tych cichych bohaterów zapłaciło za to po wojnie straszliwą cenę. Byli aresztowani przez UB, brutalnie przesłuchiwani, bici i skazywani na wieloletnie więzienie.
Przez cały okres PRL-u historia ta miała zostać na zawsze wymazana z pamięci. Ciała poległych żołnierzy spoczęły w prowizorycznych, bezimiennych mogiłach na polach wokół Kraśnian. Komunistyczne władze kategorycznie sprzeciwiały się ich ekshumacji i godnemu upamiętnieniu. Mimo to, okoliczni mieszkańcy przez dziesięciolecia potajemnie dbali o te miejsca, przynosząc kwiaty i paląc znicze.
Dopiero po zmianach ustrojowych, dzięki ogromnej determinacji lokalnych społeczników, historyków oraz żyjących jeszcze wówczas weteranów Armii Krajowej, udało się doprowadzić do ekshumacji ciał i stworzenia godnego miejsca pamięci.
Dla nas, mieszkańców Sokólszczyzny, ta bitwa to symbol niezłomności – podsumowuje Krzysztof Promiński. – Ci młodzi ludzie nie pogodzili się z narzuconą niewolą. Choć nie dotarli do celu swojej podróży, pamięć o nich przetrwała na tej ziemi i naszym obowiązkiem jest przekazać ją kolejnym pokoleniom.
(Ewa Bochenko)

