Miała dziewięć lat, gdy jej beztroski świat rozpadł się z hukiem pierwszych bomb. Kilka miesięcy, z perspektywy niemal wieku, 99-letnia pani Helena Maksim z Kalinówki Kościelnej wróciła pamięcią do dni, które na zawsze odebrały jej dzieciństwo. Krótko po naszej rozmowie odeszła. Dziś publikujmy jej wspomnienia. To opowieść o głodzie, strachu i obrazach tak strasznych, że nawet po dekadach ściskają gardło. I o tym, jak w jednej chwili zwykłe wiaderko nafty stało się symbolem końca pewnej epoki. „Wojna wybuchła” – te dwa słowa zmieniły wszystko.
„Co masz w tym wiaderku?” – zapytała dziewięcioletnia Helena swojego tatę, który rankiem 1 września 1939 roku wpadł zdyszany do domu. Odpowiedź była krótka i niezrozumiała dla dziecka: „Wojna wybuchła”.
Pani Helena doskonale pamięta tamten dzień. Był ciepły, słoneczny, zupełnie jak teraz. Niedzielny poranek, który niczym nie zapowiadał katastrofy.
Tata poszedł do kościoła. Nie pamiętam, czemu beze mnie, choć zazwyczaj we mszy uczestniczyliśmy całą rodziną – wspominała.
To właśnie w świątyni, zamiast kazania, ludzie usłyszeli od księdza tragiczną nowinę o tym, co kilka godzin wcześniej wydarzyło się na wybrzeżu.
Wtedy nie było telewizji, odbiorniki radiowe mieli nieliczni. Wiadomości rozchodziły się szeptem, z ust do ust, najczęściej pod kościołem – opowiadała.
Tego dnia liturgia nie została dokończona. Tłum wylał się ze świątyni i ruszył pędem w jednym kierunku – do jedynego sklepu w okolicy. Nie po chleb czy cukier, ale po naftę.
To właśnie nią wypełnione było wiadro, z którym tata wpadł do domu. Nafta była towarem niezbędnym, jak zapałki. Zresztą, ludzie wykupowali wszystko, co było, bo nikt nie wiedział, co przyniesie przyszłość – wyjaśniała pani Helena. – Pamiętam to tak dokładnie, bo to był moment, w którym skończyło się moje dzieciństwo.
Dwie okupacje, dwa rodzaje strachu
Dla niej, jej trzech braci i ciężko chorej mamy, życie zamieniło się w codzienną walkę o przetrwanie. Polska szkoła zniknęła. Pierwsze lekcje, jakie pamięta z czasów wojny, odbywały się już pod sowiecką okupacją, z rosyjskimi nauczycielami.
Uczyliśmy się po rosyjsku, pisaliśmy bukwami. Nie mogliśmy też w żaden sposób okazywać naszej wiary. Kiedy w Boże Narodzenie nie poszłam do szkoły, do taty przyszła policja. Musiałam wrócić na lekcje – opowiadała.
Wkrótce we wsi pojawili się Niemcy. Stacjonowali w szkole, tuż obok ich domu, co potęgowało grozę. Choć tata, jako kowal, był potrzebny wojsku, nie dawało to rodzinie żadnej taryfy ulgowej. Pani Helena z dziecięcą precyzją zapamiętała kontrast między najeźdźcami.
Niemieccy żołnierze byli bardzo czyści i tacy eleganccy. Jak przyszli Sowieci, przynieśli ze sobą smród, brud i wszy – zaznaczyła, by po chwili dodać kluczowe zdanie – Ale z żywności grabili nas wszyscy tak samo.
Zdarzały się jednak momenty zaskakujących ludzkich odruchów.
Gdy niemieccy żołnierze zobaczyli moją mamę z czteromiesięcznym dzieckiem przy piersi, podarowali jej trochę chleba. Chyba zrobiło im się jej żal.
Stół, który ratował życie i piwnica pełna myszy
Przetrwanie zależało od sprytu i szczęścia. Nie można było mieć żadnego inwentarza.
Ale ludzie coś tam chowali. Coś musieliśmy przecież jeść – wspominała.
W jej pamięci na zawsze zapisał się obraz, gdy rodzicom udało się zdobyć świniaka. Przerobili go, a mięso ukryli w piwnicy pod domem, jak wszystko, co mieli najlepszego. Właz do niej do dziś jest w kuchennej podłodze. Wtedy zasłany był na nim chodnik i stał stół.
Chyba ten stół uratował nam życie, bo pojawili się u nas żołnierze, szukając tego mięsa, i go nie znaleźli. Inaczej mogliby nas pewnie nawet zabić.
Na posesji była też druga piwnica, która stała się ich schronieniem na długie tygodnie. Ukrywali się tam z kuzynami. Czasami po kilka tygodni. W ciemności, wilgoci i chłodzie, nie opuszczając jej na moment.
Musieliśmy być bardzo cicho, a przecież były wśród nas małe dzieci. Nie dało się tam spać, były też myszy. Szczurów nie pamiętam, ale myszy tak.
Głód był wszechobecny. Mięso stało się rarytasem. Dzięki działającemu w okolicy młynowi, mieli mąkę na chleb. Mimo to, na pytanie, o czym w czasie wojny marzyły dzieci, pani Helena odpowiedziała bez chwili wahania:
O tym, by się w końcu najeść do syta i porządnie wyspać.
Widok, którego nie da się zapomnieć
Nawet w tym piekle dzieci próbowały łapać strzępy normalności. Ale wojna potrafiła w brutalny sposób przerwać nawet niewinną zabawę. Jedno ze wspomnień jest jak otwarta rana.
To było niedzielne popołudnie. Bracia pani Heleny bawili się na szkolnym boisku. Mama poprosiła, by ich zawołała.
Krzyknęłam za głośno, zwracając uwagę jakiegoś żołnierza – opowiadała.
Mężczyzna chwycił ją za kark i nie puszczał. W tym samym momencie podjechał wóz, z którego wyciągnięto dwóch młodych chłopców z okolicy.
Stracono ich na naszych oczach. Jednego powieszono tuż obok naszego domu, drugiego kawałek dalej, na czereśni, która zresztą rośnie do dziś – mówiła cicho.
Mała Helena patrzyła na to przerażona. Nie wiedziałam, co będzie z nią. Żołnierze złowrogo krzyczeli coś po niemiecku. Bała się, że ją też powieszą albo rozstrzelają.
Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Żołnierz, który ją trzymał, musiał zobaczyć w jej oczach śmiertelny strach.
Chyba ruszyło go sumienie. Warknął do mnie, żebym uciekała do rowu i mnie puścił.
Uciekła, ale obraz egzekucji został z nią na zawsze. Ciągle, gdy zamykała oczy, widziała tych chłopców. Miała przed oczami to, jak wisieli od niedzieli do środy. Niemcy zakazali ich ruszać. Ten widok miał być przestrogą dla innych. Ten powieszony obok ich domu spadł następnego dnia, gałąź nie wytrzymała. Drugi wisiał kilka dni. Do śmierci nie wiedziała, za co stracili życie.
To były bardzo ciężkie czasy. Oby nigdy już nie wróciły – podsumowała cicho, a w tej prostej prośbie zawarty był cały ból pokolenia, któremu wojna zabrała wszystko.
(Ewa Bochenko)

