Jest taka wieś na Podlasiu, przez którą orszaki weselne specjalnie nadrabiają drogi. To Olszynka pod Korycinem, a magnesem, który je przyciąga, nie są zabytki, a niezwykła, żywa tradycja – bramy weselne organizowane od ponad 40 lat przez Czesława Andrysewicza i jego przyjaciół. To spektakl, który stał się nieodłącznym elementem lokalnego krajobrazu i obowiązkowym punktem na mapie każdej młodej pary.
Wszystko zaczęło się ponad cztery dekady temu. Jak wspomina pan Czesław, pomysłodawca i główny reżyser całego zamieszania, weselne bramy w okolicy istniały od zawsze, ale były proste. Ktoś przeciągnął wirówkę przez drogę, ktoś inny narwał kwiatów z ogródków, kilku sąsiadów stanęło w poprzek jezdni. On chciał czegoś więcej.
Od starego kufra do ikony regionu
Impulsem stał się stary, zapomniany wóz żelazny znaleziony u gospodarza w pobliskim Szumowie. Odkupił go i wraz z kolegą, Marianem Kalinowskim, odrestaurował. Wyszło im to tak ładnie, że postanowili go jakoś wykorzystać. Okazja nadarzyła się, gdy w Zabrodziu szykowało się wesele. Kreatywni koledzy wymyślili, że zamiast tradycyjnej bramy zrobią taką z wozem. Wszystkim bardzo spodobała się ta zmiana. Poszli więc za ciosem i kolejne takie starali się robić już wszystkim młodym parom.
Potem do tej „scenografii” dochodziły nowe elementy. Pierwszy był kufer na zboże, który tata pana Czesia trzymał w stodole.
Wymyśliłem sobie, że trzeba go jakoś ustroić na furze – wspomina.
Kufer został wyczyszczony, odmalowany i stał się centralnym punktem nowej tradycji – skarbonką, do której młoda para wrzuca „wkupne” w postaci alkoholu, przysmaków czy cukierków.
Początkowo kufer jeździł na żelaznym wozie na metalowych kołach. Z czasem ekipa pana Czesława, przy pomocy Mariana Kalinowskiego, od podstaw zbudowała nowy, ikoniczny dziś kolorowy wóz drabiniasty. Lżejszy, na gumowych kołach, ozdobiony kwiatami i napisami „Młoda Para” oraz „100 lat”, stał się sceną dla niezwykłego przedstawienia.
Marian zrobił też konia z dykty. Sam go wyrysował, wyciął i pomalował. Dziś figura jest już nieco postrzępiona, ale z uwagi na to, że jej twórca nie żyje, ma ona dla pana Czesia wartość sentymentalną. Właściwie z ekipy inicjatorów tego zwyczaju został już tylko on. Reszta odeszła.
To nie brama, to spektakl
Bo brama w Olszynce to znacznie więcej niż tylko blokada drogi. To cały rytuał. Gdy orszak weselny zwalnia, na drodze czeka już cała ekipa. Pan Czesław dowodzi całością. Przez lata towarzyszyli mu sąsiedzi i koledzy z okolicznych wsi – Zabrodzia, Zakala.
Niezapomnianą postacią był nieżyjący już Romuald, nazywany ”Kropką”, który przygrywał weselnikom na akordeonie. Z kolei Waldemar Borys słynął z recytowania wierszyków i składania oryginalnych życzeń. Oni również już nie żyją.
Zdarzyło się raz nawet, że do bramy dołączył hodowca koni z sąsiedniej wsi, Jarosław, który na miejsce przybył na swoim rumaku.
Zazwyczaj w wydarzeniu biorą udział też okoliczne dzieci i sąsiedzi, ostatnio coraz liczniej. Bo wszystkim bardzo zależy na kultywowaniu tej jedynej w swoim rodzaju tradycji, która nie tylko cieszy oczy i urozmaica wesele. To też ważny element integracji społecznej.
Niezmienne jest to, że od zawsze całość przedstawienia uwieczniał zaskoczony kamerzysta, który wyskakiwał z pierwszego zatrzymanego auta. Dziś dołączają do niego z telefonami równie zaskoczeni weselnicy.
Zdziwieni nie są za to młodzi. Oni najczęściej sami proszą o zrobienie bramy i tak wybierają trasę, by weselny orszak przejechał przez Olszynkę.
Kiedyś to nawet wójt i inni notable, jak tylko dowiedzieli się, że jest wesele, specjalnie tak kierowali orszak, żeby przejechali przez naszą bramę – śmieje się Pan Czesław. – Wiedzieli, że będzie atrakcja.
Tradycja silniejsza niż czas
Co ciekawe, organizacja dawniej odbywała się bez telefonów komórkowych i mediów społecznościowych. Wystarczyło jedno zdanie rzucone do sąsiada, „Słuchaj, tego i tego dnia trzeba zrobić bramę”. I wszyscy wiedzieli, co robić. To była i jest siła lokalnej społeczności.
Choć większości z dawnej ekipy już nie ma, tradycja trwa. Pan Czesław wciąż czuje ten sam pociąg do organizowania bram.
Ciągnie człowieka do tego – przyznaje.
Cieszy go widok uśmiechniętych twarzy, błyski fleszy i świadomość, że stał się częścią najważniejszego dnia w życiu tak wielu par.
Dziś bramy weselne w Olszynce to już nie tylko lokalny zwyczaj. To marka, symbol podlaskiej gościnności i dowód na to, że najpiękniejsze atrakcje turystyczne tworzą nie mury, a ludzie z pasją.
(EB)

