Gęsta atmosfera, ostre oskarżenia o szantaż finansowy i zapowiedź wejścia na salę obrad – wtorkowa sesja Sejmiku Województwa Podlaskiego, jeszcze zanim się rozpoczęła, stała się areną jednego z najgorętszych politycznych starć ostatnich miesięcy w regionie. Choć w oficjalnym porządku obrad znalazły się kwestie budżetowe i inwestycyjne, to pakt migracyjny i zarzuty o zdradę interesów mieszkańców zdominowały wydarzenia przed Urzędem Marszałkowskim Województwa Podlaskiego w Białymstoku.
26 maja 2026 roku, rano, przed budynkiem urzędu zgromadzili się protestujący z dwóch manifestacji. Z jednej strony przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości oraz – między innymi – związkowcy z „Solidarności”, z drugiej – działacze i sympatycy Konfederacji.
Cel był wspólny: wyrażenie kategorycznego sprzeciwu wobec planu uchylenia przez sejmik stanowiska krytycznego wobec paktu migracyjnego.
Ostro, choć z nieco innej perspektywy niż przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości oraz „Solidarności” wypowiadali się politycy Konfederacji.
Radni koalicji zdradzili mieszkańców naszego województwa, uchylając stanowisko przeciw paktowi migracyjnemu. To jest skandal – mówił Zbigniew Kasperczuk, lider Ruchu Narodowego i Konfederacji w regionie.
Jego zdaniem to bardzo nieodpowiedzialna decyzja, ponieważ region będzie musiał się zmierzyć z relokacja migrantów. Politycy wskazywali także, że zmiana stanowiska sejmiku to efekt bezpośrednich nacisków rządu Donalda Tuska, który centralnie steruje samorządami, wymuszając na nich posłuszeństwo.
To, co oni robią, to jest niesamowicie niebezpieczny precedens. Władza centralna szantażuje samorząd finansami, by wymusić zmianę postulatów, które popierają mieszkańcy – mówił Adrian Stankiewicz z Nowej Nadziei. – Dziś chodzi o kulturę, jutro będą to dotacje na infrastrukturę, a może nawet na obronność, co w kontekście Przesmyku Suwalskiego jest skrajnie nieodpowiedzialne.
Szymon Popławski z Ruchu Narodowego przypomniał protesty z 2015 roku.
Już wtedy, jako jedni z nielicznych, protestowaliśmy pod biurem Platformy Obywatelskiej. Dziś radni wycofują się z własnych słów, bo są szantażowani. Chcę im powiedzieć w imieniu mieszkańców: nie macie prawa sprzedawać bezpieczeństwa naszych rodzin, naszych dzieci i córek. Nie chcemy tu Zachodu, chcemy nasz piękny, domowy, ciepły wschód.
Szczególnie mocno wybrzmiał głos Stanisława Derehajły, który startował w ostatnich wyborach z list Konfederacji. Były członek zarządu województwa, obecnie radny Sejmiku Województwa Podlaskiego, nie krył oburzenia, nazywając działania nowej koalicji wprost zdradą.
Wielu naszych mieszkańców pracuje na Zachodzie i widzi, co się tam dzieje. Nie chcemy takiego świata! Wypracowaliśmy wspólne stanowisko, a teraz ten głos jest nam zabierany, bo ktoś w Warszawie uznał, że nie mamy prawa się wypowiadać. To jest nasze święte prawo jako Polaków! – grzmiał Derehajło. – Nie możemy być pokrzywdzeni za to, że uczciwie wyrażamy, co myślimy. To, co zrobiono, trzeba nazwać po imieniu: to była zdrada mieszkańców!
Politycy Konfederacji poinformowali również, że zebrali podpisy mieszkańców, aby jeden z ich przedstawicieli mógł oficjalnie zabrać głos podczas sesji i przekazać radnym wolę wyborców.
W ten sposób, zanim jeszcze pierwszy radny zasiadł na swoim miejscu, wtorkowa sesja sejmiku stała się symbolem głębokiego podziału politycznego w regionie.
Atmosfera przed rozpoczęciem obrad była niezwykle napięta. Choć radni mieli decydować o obwodnicy Kolna, programie „Kreatywna Wieś” i wsparciu dla lokalnej kultury, stało się jasne, że wtorkowa sesja przejdzie do historii jako dzień, w którym wielka, ogólnopolska polityka z całą mocą wkroczyła na podlaskie salony, a losy regionalnych inwestycji zostały symbolicznie powiązane z fundamentalnym sporem o bezpieczeństwo i suwerenność.
(Ewa Bochenko)
