W Drydze, niewielkiej miejscowości pod Suchowolą, truskawki były kiedyś niemal w każdym gospodarstwie. Dziś plantatorów można policzyć na palcach jednej ręki. Marek Kiszło jest jednym z tych, którzy pozostali. Od 35 lat jego życie kręci się wokół czerwonych, soczystych owoców. To opowieść o pasji, gigantycznych kosztach i walce o to, by praca rąk znalazła godne wynagrodzenie.
Całe życie mieliśmy truskawki, pamiętam je, odkąd byłem małym chłopcem – wspomina pan Marek.
Kiedyś uprawiał je na trzech hektarach, dziś areał zmniejszył się do dwóch.
Sam sprzedaję i to jest tak naprawdę jedyny zarobek – dodaje.
Dla niego smak prawdziwej truskawki to ten prosto z krzaczka, jeszcze rozgrzanej słońcem. Jego zdaniem mycie pozbawia ją części aromatu i smaku. Na swoich polach ma kilka odmian, w tym popularne Rumbę i Honeoye.
Honeoye jest bardzo słodka, idealna jako owoc deserowy, ale świetnie nadaje się też na przetwory – wyjaśnia.
Zdradza też sekret idealnych dżemów: najlepsze wychodzą z odmian, które mają intensywnie czerwony miąższ.
Luksus, który rośnie na polu
Pytany, czy czuje, że truskawki stają się towarem luksusowym, chwilę się zastanawia.
Trochę tak. Wszystko zależy od odmiany i jej wyglądu. Truskawka musi być czysta, ładna – przyznaje.
Doskonałym przykładem jest Rumba, jedna z najbardziej pożądanych odmian na rynku. Jest piękna i smaczna, ale jej uprawa to prawdziwe wyzwanie.
Jest na czasie, ale bardzo trudno ją uprawiać. Sadzonki często chorują – tłumaczy plantator.
A budowanie własnej marki w tej branży to proces na lata.
Trudno mi powiedzieć, czy mam już wyrobioną markę, ale mam stałych klientów – mówi skromnie.
Nie ukrywa jednak, że dla kupujących kluczowym czynnikiem wciąż pozostaje cena.
Praca, której nie wlicza się w koszty
Sezon na truskawki, trwający od końca maja do lipca, to dla plantatora czas próby. Wrogiem numer jeden jest pogoda. Przymrozki potrafią zniszczyć delikatne kwiaty, a susza zatrzymać wzrost owoców. Ale szkodliwy jest też brak słońca lub niewłaściwa temperatura.
W dzień musi być ciepło, a w nocy chłodno. Ciepłe noce powodują, że owoce tracą smak – wyjaśnia pan Marek.
Jednak pogoda to tylko część wyzwań. Prawdziwym obciążeniem są koszty, które rosną z roku na rok. Pan Marek wylicza bez wahania:
- pielenie: około 17 tysięcy złotych,
- ściółkowanie słomą, by owoce były czyste: 4 tysiące złotych,
- sadzonki to również ogromny wydatek rzędu 35 tysięcy złotych na hektar,
- ochrona przed mrozem,
- inwestycja w deszczownię to koszt kilkuset tysięcy złotych.
Bez deszczowni uprawa dziś mija się z celem – kwituje.
Czy przy takich nakładach produkcja się zwraca?
Nie liczymy swojej pracy – mówi gorzko.
W sezonie śpi się po kilka godzin na dobę, praca jest od świtu do nocy. A przecież plantacji nie można zostawić samej sobie po zbiorach. Kiedyś było też łatwiej o pracowników było łatwiej. Przyjeżdżały dziewczyny z Białorusi. Sporo z nich tu zostało, wyszło za mąż. Dziś do zbiorów zatrudnia się Polaków, którzy chcą dorobić, ale o dobrego pracownika nie jest łatwo.
Od chłodni po własne stoisko
Krajobraz polskiego rolnictwa zmienił się diametralnie. Kiedyś owoce odbierały regionalne chłodnie i skupy.
Ceny były tak niskie, że bywały sezony, w których bardziej opłacało się zostawić truskawki na polu, niż je zebrać – wspomina pan Marek.
Tłumaczy, że zakłady przetwórcze, mając dostęp do tanich owoców z importu, na przykład z Egiptu, nie mogły zaoferować polskim rolnikom więcej.
Był też krótki okres, kiedy truskawki z Drygi jechały na eksport na wschód. Te czasy jednak minęły. Dziś pan Marek opiera się na stałych klientach i sprzedaży bezpośredniej na bazarach.
Ale tych ryneczków jest już coraz mniej – zauważa z troską.
Mimo wszystkich trudności nie zamierza rezygnować. Na pytanie o przyszłość odpowiada z determinacją, że póki mam zdrowie, będzie uprawiał.
A jego ulubione truskawkowe danie? Tu wraca do smaków dzieciństwa: makaron z potłuczonymi truskawkami oraz owoce podane tradycyjnie, z cukrem i śmietaną. Przyznaje, że uwielbia też przetworzone na dżemy i soki.
Czego można życzyć takiemu plantatorowi? Odpowiedź jest prosta i dosadna:
Ceny adekwatnej do pracy.
To jedno zdanie, wypowiedziane przez człowieka, który poświęcił życie czerwonym owocom, jest testamentem dla całej branży. To tęsknota za prostą uczciwością, za światem, w którym pot, wysiłek i ryzyko mają swoją godną cenę. Cenę, której polscy plantatorzy nie widzieli od niemal trzydziestu lat. I tu pan Marek z nostalgią wspomina rok 1997.
Były wtedy dwie chłodnie, w Białymstoku i Ełku. To był jedyny rok, kiedy cena pozwoliła nam godnie zarobić. I to się już nie powtórzyło.
To wspomnienie mówi wszystko o realiach, z jakimi mierzą się dziś polscy plantatorzy truskawek.
(Ewa Bochenko)

