Wyobraź sobie malowniczy krajobraz Podlasia. Jesteś w powiecie sokólskim lub hajnowskim, oddychasz świeżym powietrzem, podziwiasz przyrodę. Nagle Twój telefon wibruje. Na ekranie wyświetla się wiadomość, która brzmi jak kiepski żart: „Witamy na Bialorusi!”. Chwilę później kolejny SMS informuje o wykorzystaniu limitu danych za 250 zł. Nie przekroczyłeś granicy, nie masz nawet paszportu. Mimo to, właśnie rozpocząłeś bardzo drogą, wirtualną wycieczkę, a rachunek za nią może sięgnąć nawet kilku tysięcy złotych.
To nie jest odosobniony przypadek, a codzienność i kosztowna pułapka czyhająca na mieszkańców i turystów na wschodnich rubieżach Polski. Cennik, który pojawia się w SMS-ie od operatora, jest bezlitosny: minuta rozmowy z Polską to ponad 13 zł, a 100 kilobajtów danych internetowych kosztuje prawie 5 zł. W erze smartfonów, które nieustannie aktualizują aplikacje w tle, taki „skok” na białoruską sieć może w ciągu godziny wygenerować astronomiczne koszty.
Sieć bez granic, czyli techniczne kulisy problemu
Jak to w ogóle możliwe? Dlaczego telefon, znajdując się na terytorium Polski, loguje się do zagranicznej, znacznie droższej sieci? Operatorzy nazywają to zjawiskiem „niechcianego roamingu” i tłumaczą jego przyczyny.
Sieć komórkowa nie zna czegoś takiego jak granica i moc oraz zasięg jej działania wynika z działań poszczególnych operatorów” – wyjaśnia Arkadiusz Majewski z biura prasowego sieci Plus. – Nasza sieć jest w terenach przygranicznych „przykręcona” do takich mocy, jakie nakazuje nam UKE (czyli polski organ regulacyjny) oraz Porozumienie HCM (wielostronne porozumienie dotyczące koordynacji częstotliwości na granicach). Różnie natomiast z tym jest w przypadku operatorów z innych krajów.
W praktyce oznacza to, że polscy operatorzy muszą ograniczać moc swoich nadajników, by nie zakłócać sygnału po stronie sąsiadów. Tymczasem operatorzy białoruscy nie zawsze stosują się do podobnych ograniczeń, przez co ich sygnał bywa znacznie silniejszy i „przelewa się” na polską stronę. Nasze telefony, w domyślnym trybie automatycznego wyboru sieci, logicznie wybierają to, co najmocniejsze.
Problem ma jednak znacznie poważniejszy wymiar niż tylko finanse. Jak ostrzega przedstawiciel Plusa, w takiej sytuacji nawet połączenie z numerem alarmowym 112 zostanie skierowane do tamtejszego, czyli białoruskiego, Centrum Powiadamiania Ratunkowego.
To wolna amerykanka. Głos mieszkańców pogranicza
Dla turystów to szok i zrujnowany budżet wakacyjny. Dla mieszkańców to gorzka, cyfrowa codzienność. Leszek Skrodzki, który żyje i działa na tych terenach, opowiada o historiach, które pokazują skalę problemu.
Były przypadki, że turystom naliczono rachunki po 600, a nawet 3000 zł. Niektórzy reklamowali u operatora, inni nie. Jednym uznawano, na przykład adwokatom, a prostym ludziom już nie, chociaż nie mieli nigdy paszportów i nie byli na Białorusi. Wolna amerykanka – mówi z frustracją.
W miejscowościach takich jak Ozierany Małe, które Skrodzki nazywa „wioską wykluczoną cywilizacyjnie”, problem jest jeszcze głębszy. Tam często jedynym stabilnym sygnałem komórkowym jest ten zza wschodniej granicy.
Jak nie mamy światłowodu i Wi-Fi, to mamy tylko białoruską sieć. Nawet telewizja i radio tutaj odbiera z Grodna – dodaje.
Sytuacja, jak relacjonują mieszkańcy, uległa pogorszeniu po 2021 roku. Wraz z pojawieniem się na granicy wojska i jego specjalistycznego sprzętu, polskie sieci komórkowe zaczęły działać jeszcze słabiej. To gorzka ironia losu, na którą zwraca uwagę Skrodzki.
Wydawali i wydają potężną kasę na zaporę, concertinę, kamery, a tymczasem to białoruscy operatorzy na polskim obszarze mają zasięg.
Co robić?
Operatorzy są świadomi problemu i oferują konkretne rozwiązania. Najskuteczniejsze, jak zgodnie podkreślają, jest działanie prewencyjne.
Całkowicie zaradzić takim przypadkom można na dwa sposoby. Pierwszym jest wyłączenie przez użytkownika automatycznego trybu wyboru sieci komórkowej, co można zrobić samodzielnie w ustawieniach telefonu i wtedy aparat „trzyma się na stałe” sieci Plus. Drugą metodą jest całkowite wyłączenie usługi roamingu – instruuje Arkadiusz Majewski z Plusa.
Wtóruje mu biuro prasowe Orange:
Strefy przygraniczne to miejsca, gdzie telefon rzeczywiście może zalogować się do sieci operatora sąsiadującego kraju. Najskuteczniejszym sposobem jest wyłączenie roamingu. Dobrym rozwiązaniem jest także wybranie w ustawieniach telefonu „na stałe” domyślnego operatora.
Obie sieci zapewniają, że każda reklamacja jest rozpatrywana indywidualnie. Orange deklaruje nawet prokliencką postawę.
Jeśli jest to pierwsze tego rodzaju zgłoszenie od klienta, proponujemy anulowanie opłaty i prosimy klienta o wyłączenie usługi roamingu podczas przebywania w kraju, by podobne sytuacje nie zdarzały się ponownie.
Jednak doświadczenia mieszkańców pokazują, że droga od złożenia reklamacji do jej uznania bywa wyboista.
Byłem u operatora z turystami, aby reklamować rachunki. Oni przyjmowali zgłoszenia, ale uznawanie reklamacji kończyło się na odmowie. Takie tutaj zwyczaje – wspomina Leszek Skrodzki.
Państwo monitoruje, a granica cyfrowo przecieka
Problem jest znany także administracji rządowej. Inga Januszko – Manaches, rzeczniczka wojewody podlaskiego, zapewnia, że sytuacja jest pod kontrolą.
Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego stale monitoruje sytuację i prowadzi działania naprawcze. Każde zgłoszenie problemu (…) przekazuje właściwym operatorom sieci komórkowych z prośbą o wyjaśnienie i podjęcie działań.
Mimo tych zapewnień, dla ludzi żyjących przy granicy niewiele się zmienia. Państwo buduje fizyczny mur za miliardy złotych, by uszczelnić granicę, a jednocześnie ta sama granica w wymiarze cyfrowym pozostaje szeroko otwarta.
Otwarta na sygnał, który drenuje portfele Polaków i pokazuje, że w XXI wieku suwerenność to nie tylko kontrola nad terytorium, ale także nad niewidzialną sferą fal radiowych. A na tym polu, w powiecie sokólskim, wciąż wygrywa Białoruś.
(EB)

