Uratowanie 4-letniej dziewczynki, która spadła z piątego piętra bloku w Łomży, poruszyło całą Polskę. Choć władze miasta uroczyście podziękowały czterem mężczyznom trzymającym koc amortyzujący upadek, mieszkańcy i internauci głośno przypominają o innych bohaterach tej akcji. Okazuje się, że w cieniu oficjalnych wyróżnień znaleźli się sąsiedzi, którzy jako pierwsi dostrzegli zagrożenie, wezwali służby, zaalarmowali całe osiedle i ryzykując własnym zdrowiem, ruszyli na klatkę schodową, by dotrzeć do zamkniętego mieszkania.
Wydarzenia z 8 sierpnia w Łomży wstrząsnęły całą Polską, ale też pokazały niezwykłą siłę ludzkiej solidarności. To wtedy, dzięki błyskawicznej reakcji mieszkańców, udało się uratować 4-letnią dziewczynkę, która spadła z balkonu na piątym piętrze. Kilka dni po tym dramatycznym zdarzeniu prezydent Łomży Mariusz Chrzanowski uroczyście podziękował czterem mężczyznom, którzy trzymali koc amortyzujący upadek dziecka, i zapowiedział wystąpienie o nadanie im Medali za Ofiarność i Odwagę.
Jednak w cieniu tych oficjalnych uścisków dłoni i błysków fleszy pozostali inni, bez których ta akcja mogłaby się nie udać. Internauci i sami mieszkańcy zaczęli głośno mówić o „cichych bohaterach”, którzy jako pierwsi podnieśli alarm i ruszyli na ratunek.
Pierwszy krzyk i bieg na oślep
Chciałbym sprostować pewną istotną informację, ponieważ w artykule zabrakło bardzo ważnego elementu całego zdarzenia – pisze w sieci pan Krzysztof, jeden z mieszkańców, który jako jeden z pierwszy zauważył śmiertelne niebezpieczeństwo.
To między innymi on, wspólnie z bratem swojej żony, dostrzegł malucha wiszącego na barierice balkonu na 5. piętrze. Sytuacja była krytyczna, liczyła się każda sekunda. Podczas gdy żona pana Krzysztofa natychmiast dzwoniła pod numer alarmowy 112, mężczyźni wybiegli ze swojego mieszkania na 4. piętrze w sąsiednim bloku.
Biegnąc, krzyczeliśmy do ludzi, żeby natychmiast dzwonili po straż pożarną i policję. W tamtym momencie nikt jeszcze nie reagował i, z tego co widzieliśmy, nikt nie zauważył dziecka – relacjonuje pan Krzysztof.
Podczas tego dramatycznego, pełnego adrenaliny biegu, mężczyzna doznał poważnego urazu nogi, przez co do dziś przebywa na zwolnieniu lekarskim.
W tym samym czasie alarm na osiedlu podniosła rodzina pana Wojciecha.
Razem z rodziną zalarmowaliśmy całe osiedle. Żona jeszcze dziś ma problem z głosem od tego krzyku – opowiada pan Wojciech.
Zanim ruszyli na górę, próbowali jeszcze rozmawiać z dzieckiem z dołu. Gdy byli w mieszkaniu, dziewczynka reagowała na ich głosy, jednak na podwórku przestała słuchać. Wtedy zapadła decyzja – biegniemy na górę.
„Gdy oni dobiegali z kocem, my dobijaliśmy się do drzwi”
Wersję mężczyzn potwierdzają inni mieszkańcy Łomży. Jedna z sąsiadek wspomina:
Dwóch panów zaalarmowało osiedle i pobiegło na górę, licząc, że zdejmą dziecko.
Pan Krzysztof podkreśla, że całą sytuację można łatwo zweryfikować, gdyby spółdzielnia mieszkaniowa udostępniła nagrania z monitoringu zaledwie kilkadziesiąt sekund wcześniejsze niż te, które trafiły do sieci.
Gdy oni dobiegali pod balkon, my byliśmy już na górze, dobijając się do mieszkania – wyjaśnia pan Krzysztof.
I zaznacza z całą stanowczością:
Nie piszę o tym po to, żeby przedstawiać nas jako bohaterów, tylko dlatego, że był to rzeczywisty element tego zdarzenia, który został całkowicie pominięty. Nie chcę w żaden sposób umniejszać osobom, które później rozciągnęły koc i faktycznie pomogły zamortyzować upadek dziewczynki. To, co zrobili, było niezwykle ważne i zasługuje na uznanie. Uważam jednak, że przedstawiając całą historię, należy również wspomnieć o osobach, które jako pierwsze zauważyły zagrożenie, wezwały pomoc i podjęły natychmiastowe działania.
Oficjalna wersja i wzorowa postawa sąsiadów
Z perspektywy służb ratunkowych i władz miasta akcja wyglądała na idealnie skoordynowaną. Jak informowała podkom. Karolina Wojciekian, oficer prasowa Komendy Miejskiej Policji w Łomży, zgłoszenie o dziecku wiszącym na barierice wpłynęło o godzinie 14.14. Chwilę później dziecko spadło, ale dzięki przytomności umysłu osób postronnych, które rozciągnęły koc, 4-latka przeżyła i przytomna trafiła do szpitala na badania.
To sąsiedzi widząc sytuację zareagowali wzorowo – podkreślała policjantka.
Prezydent Mariusz Chrzanowski, dziękując czterem mężczyznom trzymającym koc, mówił o dumie i bezinteresownej pomocy. Towarzyszący mu komendant miejski PSP w Łomży bryg. Arkadiusz Obrycki także docenił profesjonalizm ratujących.
Każde ogniwo łańcucha ratunkowego było ważne
Uratowanie życia 4-letniej dziewczynki to bez wątpienia cud, na który złożył się cały łańcuch ludzkich serc i szybkich decyzji. Nie byłoby szczęśliwego finału bez refleksu i odwagi mężczyzn, którzy rozwinęli koc. Ale nie byłoby go również bez pierwszego krzyku żony pana Wojciecha, bez telefonu żony pana Krzysztofa i bez desperackiego biegu na 5. piętro mężczyzn, którzy ryzykowali własnym zdrowiem, by wejść do mieszkania.
Pan Krzysztof podsumowuje to krótko:
Nie piszę tego dla odznaczeń ani pochwał. Chodzi mi wyłącznie o rzetelne przedstawienie całego przebiegu wydarzeń i o to, żeby nie pomijać osób, które również brały udział w ratowaniu tego dziecka.
Wszyscy oni, zarówno ci z kocem pod balkonem, jak i ci na klatce schodowej oraz alarmujący sąsiadów, pokazali to, co powiedział na spotkaniu prezydent, że Łomża ma bohaterów, z których naprawdę może być dumna.
(Ewa Bochenko)

