W świecie, gdzie wszystko pędzi, ona postanowiła zwolnić i wsłuchać się w rytm rosnącego ciasta. Marcjanna Gawryluk, świeżo upieczona mama bliźniaków z Białegostoku, znalazła w domowym zaciszu pasję, która pachnie tradycją, tęsknotą i prawdziwym, rzemieślniczym chlebem. To opowieść o tym, jak dwa małe życia stały się inspiracją do wielkiej zmiany.
Wszystko zaczęło się prozaicznie, w momencie, gdy życie Marcjanny wywróciło się do góry nogami. Pojawienie się na świecie bliźniaków oznaczało rezygnację z dotychczasowego tempa i pełne poświęcenie się opiece. Jednak w tej nowej rzeczywistości zrodziła się potrzeba robienia czegoś dla siebie – czegoś kreatywnego, co można realizować, mając „maluchy przy spódnicy”. Chciała dać im to, co dawała swoim starszym córkom, Oli i Sarze, gdy one były małe.
Z chlebem to tak wyszło w sumie chyba najbardziej dlatego, że siedząc z bliźniakami, mogę coś tworzyć w domu. Nie chciałam też dawać maluchom chleba ze sklepu, zresztą jajek też nie – opowiada Marcjanna.
Pierwszy zakwas, serce każdego prawdziwego chleba, zdobył dla niej mąż Olaf w jednej z białostockich rzemieślniczych piekarni. I tak, od lutego, niemal każdego dnia w jej domu unosi się zapach świeżego pieczywa. To, co zaczęło się jako sposób na zdrowe jedzenie dla dzieci, szybko przerodziło się w dogłębną fascynację.
Od domowej kuchni do rzemieślniczej pasji
Marcjanna podeszła do tematu z ogromnym zaangażowaniem. Zaczęła od założenia konta na Instagramie, Proste_Podlasie, gdzie dokumentuje swoje codzienne zmagania i sukcesy. Szybko zrozumiała, że intuicja to nie wszystko.
Dużo się uczyłam. Czytałam, testowałam po nocach, a efekty często analizowałam z…czatem GPT – śmieje się. – Pojechałam na profesjonalne szkolenie rzemieślnicze do Warszawy, żeby poznać techniki składania, formowania i zrozumieć, dlaczego w idealnym chlebie musi być charakterystyczne pęknięcie.
Jak sama mówi, w chlebie najważniejszy jest moment – idealny czas na użycie dokarmionego zakwasu. Bez tego nawet najlepszy piekarnik nie pomoże. To proces, który trwa dwa dni i uczy cierpliwości, której przy bliźniakach i tak jej nie brakuje.
Powrót do korzeni i dzieża po babci
Pasja do chleba pchnęła ją jeszcze dalej – w stronę historii i tradycji. Marcjanna zaczęła eksperymentować z prastarymi gatunkami mąk, takimi jak samopsza czy płaskurka. Fascynacja była tak wielka, że razem z mężem postanowili sami zasiać samopszę, by poznać drogę chleba „od ziarenka”.
W jej domu zaczęły pojawiać się stare, zapomniane urządzenia: dzieża do wyrabiania ciasta, maselnica, zabytkowa waga, a nawet młyn żarnowy.
Zależało mi, żeby nauczyć się upiec chleb bez prądu. Piekliśmy w piecu glinianym, tak symbolicznie, żeby sprawdzić, jak to wyjdzie. Ludzi fascynuje proces, chcą zobaczyć, jak coś powstaje od podstaw – tłumaczy.
Dzielenie się pasją
Wiedza i entuzjazm Marcjanny szybko znalazły odbiorców. Zaczęło się od warsztatów dla znajomych, potem przyszło zaproszenie do poprowadzenia zajęć dla dzieci, podczas których opowiadała maluchom, skąd bierze się chleb. Teraz jej pasja wychodzi poza Białystok – już w najbliższą niedzielę, 14 czerwca, poprowadzi spotkanie z chlebem na festiwalu w Bielsku Podlaskim, a na przełomie czerwca i lipca planuje kolejne warsztaty w Milewszczyznie.
Jej działania nie byłyby możliwe, gdyby nie wsparcie męża.
Bez Olafa i jego podejścia nie poszłoby to tak daleko. Każdy bochenek, czy płaski, czy spalony, zjada ze smakiem. Każdy twaróg i wszystko, co zrobię, wspiera i docenia – podkreśla.
W głowie Marcjanny rodzi się już plan na przyszłość. Wraz z mężem remontują lokal w centrum Białegostoku, przy ulicy Malmeda, gdzie planuje stworzyć uniwersalną przestrzeń dla swoich dwóch firm. Na razie jednak jej dom jest „zawalony rzeczami do chleba”, ale jak sama przyznaje, ogromną radość jej to sprawia. Bo jak powiedział jej mąż Olaf, „chleb jest ikoniczny i powszedni”. Jest bazą, od której wszystko się zaczyna. Dla Marcjanny stał się początkiem nowej, fascynującej drogi.
(Ewa Bochenko)

