Prywatna aktywność w mediach społecznościowych wywołała potężny kryzys polityczny w powiecie zambrowskim. W rolach głównych wystąpili minister Stefan Krajewski oraz starosta zambrowski Edyta Marchelska-Groszfeld. Sprawa, która zaczęła się od pełnej emocji rozmowy telefonicznej, błyskawicznie przeniosła się na forum publiczne, wywołując lawinę wzajemnych oskarżeń oraz bezpardonową kłótnię radnych powiatowych w komentarzach.
Konflikt ujrzał światło dzienne, gdy starosta Edyta Marchelska-Groszfeld publicznie opisała kulisy swojej rozmowy telefonicznej z ministrem Stefanem Krajewskim. Jak relacjonowała, spodziewała się rutynowej rozmowy służbowej, tymczasem spotkała się z lawiną pretensji. Powodem wzburzenia ministra miało być polubienie przez starostę jednego z postów na Facebooku.
„Użyję odpowiednich służb” vs „Zostaw moją żonę w spokoju”
Myślałam, że rozmowa będzie miała charakter służbowy, jednak zdarzyło się inaczej. Pan minister pod moim adresem kierował ogromne zarzuty i pretensje za to, że polajkowałam post na Facebooku. Szanowni państwo, to nie była krytyka, to nie było udostępnianie, a mimo wszystko pod moim adresem i adresem mojej rodziny posypały się groźby. Pan minister zagroził mi i mojej rodzinie, a przede wszystkim – nad czym najbardziej ubolewam – powiedział, że jest w stanie użyć odpowiednich służb, aby mnie za tego lajka rozliczyć – alarmowała na konferencji prasowej starosta Edyta Marchelska-Groszfeld.
Świadkami tej rozmowy – według relacji starosty – mieli być m.in. obecny w gabinecie członek zarządu powiatu Sebastian Mrówka oraz inne osoby uczestniczące w tym zebraniu. Starosta zarzuciła ministrowi hipokryzję i stosowanie podwójnych standardów. Przypomniała sytuację ze stycznia, kiedy to Krajewski ostro i dosadnie bronił prywatności swojej rodziny po incydencie na terenie jego prywatnej posesji.
Sam pan minister Krajewski w styczniu, kiedy osobiście dotknęło go nieprzyjemne wydarzenie na terenie jego posesji, bardzo mocno bronił swojej rodziny i wyraził się w sposób bardzo dosadny, że nie powinno się poruszać tych kwestii. I co zrobił? Zrobił dokładnie to samo: zagroził mojej rodzinie. Uważam, że nie powinno być podwójnych standardów. Jeżeli pan minister widzi w narażaniu rodziny coś złego, to również powinien szanować rodzinę innej osoby. Oprócz tego, że jestem samorządowcem, jestem matką, żoną i kobietą. Też miałam prawo do spokoju i do tego, żeby moja rodzina była bezpieczna – dodała starosta.
Zupełnie inaczej sprawę przedstawił minister Stefan Krajewski wydając oświadczenie w mediach społecznościowych. Potwierdził, że zadzwonił do starosty, ale – jak twierdził – wyłącznie w obronie własnej żony, która była osobą prywatną.
Zadzwoniłem i poprosiłem o to, żeby zostawiła w spokoju moją żonę. Ja jestem osobą publiczną i mnie może atakować, bo rozumiałem, że takie są realia polityki. Ale moja żona jest osobą prywatną, prowadzi swoją działalność i chciałem, żeby miała spokój. Żona zawsze broniła pani starosty, kiedy ktoś ją atakował – tłumaczył Stefan Krajewski.
Minister odniósł się także do kwestii protokołu z posiedzenia zarządu, który według niego był celowo ukrywany.
Jeżeli faktycznie wszystko zostało zapisane w protokole – tym protokole, który powinien być umieszczony w Biuletynie Informacji Publicznej, a został utajniony przez panią starostę – chętnie zapoznałbym się z całością tego, co zostało zapisane. Przewodniczący rady powiatu oraz członek zarządu powiatu chcieli się zapoznać z tym protokołem, a pani starosta stanowczo odmawiała okazania tego dokumentu. Miałem jednak nadzieję, że w ramach informacji publicznej go przekaże. Żadnego słowa, które padło, nie żałowałuję, każde słowo podtrzymuję. A jeżeli pani starosta czuje się w jakikolwiek sposób zastraszana czy źle potraktowana przeze mnie, to ma do tego odpowiednie możliwości: policja, prokuratura. Niech składa doniesienie, zawiadomienie i niech ktoś to sprawdza – uciął minister.
Radni w klinczu o dostęp do dokumentów
Konflikt na najwyższym szczeblu natychmiast przeniósł się na forum rady powiatu zambrowskiego. Pod opublikowanym w tej sprawie oświadczeniem ministra Stefana Krajewskiego rozgorzała ostra dyskusja. Główną osią sporu stała się kwestia dostępu do protokołu z posiedzenia zarządu, na którym omawiano całe zajście. Radni podzielili się na dwa obozy, prezentując w komentarzach skrajnie różne podejścia do jawności dokumentów i procedur urzędowych.
Z jednej strony sporu stanęła radna Magdalena Grudzińska-Skawska, członek zarządu powiatu, która oskarżyła kierownictwo starostwa o celowe i bezprawne blokowanie dostępu do kluczowych dokumentów. Grudzińska-Skawska twierdziła, że starostowie – wbrew ustawie o samorządzie powiatowym – uniemożliwiali zapoznanie się z protokołem zarówno jej, jak i przewodniczącemu rady powiatu. Kiedy odmówiono jej wglądu, radna złożyła prewencyjne, oficjalne pismo z żądaniem natychmiastowego wydania dokumentu. Podkreślała, że jako członek zarządu miała pełne, ustawowe prawo do stałego wglądu w dokumentację, a odsyłanie jej na ścieżkę wniosków o informację publiczną uznała za rażące naruszenie prawa, które powinien ocenić organ nadzoru.
Zupełnie inną optykę przedstawił Sebastian Mrówka, członek zarządu powiatu, który stanął w obronie działań starostwa. Jego zdaniem oskarżenia o utrudnianie dostępu były bezpodstawne i mijały się z prawdą. Mrówka argumentował, że radna Grudzińska-Skawska miała już ten protokół fizycznie w rękach podczas jednego z poprzednich posiedzeń zarządu i osobiście go przeglądała (mimo że nie musiała go podpisywać, gdyż nie była obecna na spotkaniu, którego dotyczył).
Co więcej, Mrówka stał na stanowisku, że w samorządzie nie ma „skrótów na już”, a każdego – bez względu na to, czy był przewodniczącym rady, czy członkiem zarządu – obowiązuje dokładnie ta sama, oficjalna ścieżka prawna. Przypomniał, że choć protokoły są informacją publiczną, przepisy nie nakazują ich automatycznej publikacji w BIP, a właściwym trybem na ich ponowne uzyskanie jest oficjalny wniosek. Zarzucił przy tym radnej brak znajomości podstawowych przepisów i niepotrzebne „żalenie się” w mediach społecznościowych.
Grudzińska-Skawska ostro ripostowała, nazywając argumentację Mrówki nielogiczną i nonsensowną – pytała retorycznie, po co miałaby prosić o dokument, gdyby wcześniej bez przeszkód się z nim zapoznała. Radna domagała się również wskazania konkretnego przepisu, który ograniczałby prawo członka zarządu do wglądu w dokumentację do tylko „jednorazowej” próby. Zarzuciła Mrówce, że bezkrytycznie wtórował interpretacji starosty i wykazywał „zamiłowanie do dopisywania nieistniejących historii”.
Sprawa wzbudziła ogromne emocje w regionie. Czy polityczny spór o jednego „lajka” i dostęp do protokołu sparaliżuje prace samorządu w Zambrowie? O decyzjach organu nadzorczego będziemy informować.
(Ewa Bochenko)

