Drugim rozmówcą w programie „Gość Tygodnia”, który emitujemy na naszym kanale YouTube i portalu Podlaskie Info, jest Stan Sochoń, prezes Fundacji „Podlascy Aniołowie”. Wokół organizacji pozarządowych w Polsce narosło mnóstwo mitów. Dla jednych to zgromadzenie współczesnych świętych, dla innych – sprytny, cyniczny sposób na unikanie podatków i robienie biznesu pod płaszczykiem empatii. Stefan Sochoń, w niezwykle szczerej i momentami bolesnej rozmowie z Ewą Bochenko rozbija te wyobrażenia w pył. Opowiada o pracy, za którą nikt nie dostaje pensji, o bezwzględnej walce o zdrowie dzieci, bolesnych lekcjach mądrego pomagania oraz o marzeniu o zasięgach, które pozwalają ratować ludzkie życie w zaledwie kilka minut.
Zaczynamy bez owijania w bawełnę. Czy na prowadzeniu fundacji w Polsce da się zarobić? To pytanie, które wielu ludziom krąży w głowach, ale mało kto ma odwagę zadać je prosto w twarz człowiekowi, który na co dzień kojarzony jest z bezinteresownym czynieniem dobra.
Na pewno się da – odpowiada bez wahania Stefan Sochoń. – Aczkolwiek 10 lat temu, kiedy ze znajomymi zakładaliśmy „Podlaskich Aniołów”, postawiliśmy sprawę jasno: my będziemy taką fundacją, która na pomaganiu nie zarobi ani grosza. I udaje nam się to z powodzeniem realizować przez pełną dekadę.
Rzeczywistość finansowa prezesa fundacji nie ma nic wspólnego z luksusowymi autami, reprezentacyjnymi biurami czy wysokimi kontraktami menedżerskimi, które opinia publiczna tak chętnie tropi w sektorze NGO. Stefan Sochoń na życie zarabia zupełnie gdzie indziej, dzieląc swój czas między kilka różnych aktywności biznesowych. Jest znanym w regionie prezenterem muzycznym, prowadzi różnego rodzaju imprezy, a wspólnie z żoną zarządza restauracją. Pomaga również swojej szwagierce w prowadzeniu hotelu.
Staram się tam nie przeszkadzać, a pomagać – śmieje się Sochoń. – Z tych biznesowych tematów czerpię swoje główne źródło dochodu. A fundacja? To po prostu czysta potrzeba serca. Lubię pomagać ludziom wokół mnie i to jest moja jedyna motywacja.
W „Podlaskich Aniołach” nie ma mowy o godzeniu altruizmu z twardym biznesem. Budżet organizacji nie jest obciążony kosztami stałymi, które zazwyczaj drenują konta innych fundacji.
U nas nie ma czegoś takiego jak pensje pracowników, marketing, a nawet opłaty za lokal. Siedziba fundacji mieści się fizycznie w restauracji mojej żony, dlatego nie musimy co miesiąc płacić nikomu za wynajem. Nasza księgowa od samego początku zapowiedziała, że dla naszej fundacji będzie pracować całkowicie za darmo – i rzeczywiście słowa dotrzymuje. Nasi wolontariusze nie dostają żadnego wynagrodzenia, robią to z głębi serca. Ja sam jako prezes nigdy nie wziąłem z fundacji ani złotówki. Mało tego, bardzo często dokładamy z żoną własne, prywatne pieniądze, żeby dopiąć organizację jakiejś akcji. Stać nas na to, by tę fundację po prostu bezkosztowo dla niej samej prowadzić.
Wiadomo, że jak każda fundacja, „Podlascy Aniołowie” zbierają 1,5 proc. podatku. Jednak prezes mocno podkreśla kwestię transparentności finansowej:
Zaufania nie traci się wtedy, gdy gra się w otwarte karty. Na żadną konkretną akcję, którą organizujemy, nie pobieramy dla siebie nawet pół procenta prowizji. Wszystko, co ludzie wpłacają na dany cel, trafia bezpośrednio do potrzebujących.
Pułapki dobroczynności
Doświadczenie uczy pokory. Przez 10 lat intensywnej działalności „Podlascy Aniołowie” musieli wielokrotnie zrewidować swoje romantyczne wyobrażenia o dobroczynności. Jedną z najważniejszych i najbardziej kosztownych lekcji była pomoc powodzianom na południu Polski oraz wsparcie dla uchodźców po wybuchu wojny na Ukrainie. To wtedy Stefan Sochoń zrozumiał, czym różni się pomaganie „mądre” od „głupiego i emocjonalnego”.
Pomaganie przy powodziach bardzo nas zmieniło. Ta akcja dobitnie nauczyła nas, żeby pomagać mądrze, a nie bezsensownie – tłumaczy prezes. – Na samym początku, pod wpływem emocji, zakomunikowaliśmy w mediach społecznościowych, że potrzebujemy wody, ubrań, kawy czy taczek. Odzew był natychmiastowy. Ludzie dosłownie zawalili nas darami. Dostaliśmy całe palety wody mineralnej. I super, tylko że w praktyce okazało się to potężnym przepalaniem pieniędzy.
Sochoń wyjaśnia brutalną logistykę tamtych dni. Musieli zorganizować transport, zapłacić za paliwo do busów, żeby przewieźć tę wodę na drugi koniec Polski, na Śląsk. Szybko policzyli, że za samo paliwo zapłacili więcej, niż ta woda była warta w hurtowni.
Znacznie łatwiej, szybciej i taniej było zbierać fundusze na konto, pojechać na miejsce z pustym samochodem i kupić tę wodę w hurtowni blisko zalanego terenu albo po prostu przelać pieniądze lokalnemu sztabowi kryzysowemu. Wtedy każda złotówka pracowała na 100 proc.
Innym, niezwykle delikatnym problemem, o którym rzadko mówi się głośno, jest traktowanie zbiórek charytatywnych jako darmowej utylizacji niepotrzebnych rzeczy.
Przy okazji powodzi ludzie robili po prostu porządki w swoich domach i piwnicach. Myśleli, że jak oddadzą nam swoje stare, zniszczone rzeczy sprzed kilkunastu lat, to zrobią dobry uczynek. Dla nas to był koszmar. Musieliśmy zatrudniać wolontariuszy do segregowania tych ubrań i przedmiotów, z których większość nadawała się wyłącznie na śmietnik. To nie jest mądre pomaganie.
Mądre pomaganie to także trudna, czasem wręcz dramatyczna selekcja spraw, w które angażuje się fundacja.
Może kogoś tym urażę, ale muszę to powiedzieć głośno. Często przychodzą do nas rodzice dzieci, których miesięczna, stała rehabilitacja kosztuje od 25 do 50 tysięcy złotych. To są straszne, rozrywające serce tragedie. Ale my jako fundacja nie wchodzimy w takie tematy. Dlaczego? Ponieważ nie jesteśmy w stanie utrzymać takiego dziecka przez kilka czy kilkanaście lat, gwarantując stały dopływ tak ogromnych pieniędzy co miesiąc. Gdybyśmy to zrobili, musielibyśmy skupić się wyłącznie na jednym dziecku i zamknąć drzwi dla setek innych.
Zamiast tego „Podlascy Aniołowie” stawiają na zbiórki celowe i zamknięte. Robią akcję na konkretny cel.
Ludzie widzą, że zbieramy na przykład pół miliona złotych na operację serca w Niemczech. Wpłacają pieniądze, bo wiedzą, że to dziecko fizycznie pojedzie na tę operację, wróci zdrowe i będzie żyć. Widzą realny, namacalny efekt swoich wpłat, a nie nieskończone podtrzymywanie procesu bez widoków na ostateczne wyleczenie. To jest trudna matematyka pomagania, ale jedyna, która pozwala nam przetrwać.
Ciężar cudzego nieszczęścia, bezsilność i syndrom sprawcy
Prowadzenie fundacji to nie tylko radosne uściski przed kamerami i wręczanie symbolicznych czeków. To przede wszystkim codzienne, bezpośrednie obcowanie z najciemniejszymi stronami ludzkiej egzystencji – chorobą, biedą, bezradnością i śmiercią. Taki ładunek emocjonalny potrafi doszczętnie wypalić nawet najsilniejszego człowieka.
Osiem lat temu miałem potężny kryzys. To był moment, kiedy naprawdę chciałem to wszystko rzucić, zamknąć fundację i zapomnieć o temacie – wyznaje szczerze Stefan Sochoń. – Nie radziłem sobie z ciężarem cudzych nieszczęść. Przede wszystkim wykańczały mnie telefony od rodziców. Nie byłem wtedy asertywny, nie potrafiłem mówić „nie”. A przecież nie jesteśmy w stanie pomóc każdemu.
Prezes fundacji wspomina, że najgorsza w tej pracy jest absolutna bezsilność.
Dzwoni do ciebie matka z drugiego końca Polski, płacze do słuchawki i błaga o ratunek dla swojego dziecka. A ty musisz jej powiedzieć: „Przepraszam, ale nie damy rady”. Sam mam dziecko i za każdym razem, gdy słyszałem taki płacz, wyobrażałem sobie siebie na miejscu tych ludzi. To było niszczące. Czujesz wtedy potworny syndrom sprawcy – wydaje ci się, że skoro odmawiasz, to ponosisz odpowiedzialność za ich dalszy dramat.
Doświadczenie śmierci podopiecznych to kolejna blizna na sercu każdego społecznika.
Mieliśmy pod opieką dorosłą dziewczynę, wspaniałą aktorkę, która zmagała się z dramatycznym, agresywnym nowotworem. Walczyliśmy o nią z całych sił, robiliśmy zbiórki, licytacje. Niestety, przegrała tę walkę. Kiedy odchodzi ktoś, komu oddałeś kawałek swojego życia i serca, czujesz potworną pustkę. Hejt ze strony ludzi, jakieś wyssane z palca plotki, że „prezes kupił sobie działkę za pieniądze z fundacji” – to po mnie spływa, śmieję się z tego i pozdrawiam plotkarzy. Ale ta bezsilność wobec śmierci… Do tego nie da się przyzwyczaić, nawet po 10 latach.
Dlaczego lajki ratują życie?
Początkowy plan założycieli „Podlaskich Aniołów” był skromny i bezpieczny. Zakładał organizację tylko jednego dużego wydarzenia charytatywnego w roku.
Przez pierwsze cztery czy pięć lat udawało nam się trzymać tego postanowienia. Robiliśmy jedną dużą imprezę rocznie, zbieraliśmy fajne kwoty, pomagaliśmy wybranym osobom i wszyscy byli zadowoleni – wspomina Sochoń. – Później jednak pomaganie wciągnęło nas bez reszty i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zaczęliśmy robić dwie akcje rocznie. A potem na naszej drodze stanęła Marysia.
Marysia okazała się dla fundacji prawdziwym katalizatorem zmian.
Jej mama pokazała nam, jak niesamowicie można walczyć o swoje dziecko. Stała się dla nas prawdziwą lwicą. Weszła do naszej fundacji z taką energią, że w pewnym momencie robiliśmy jedną dużą akcję w miesiącu. Sama załatwiała masę tematów, my dawaliśmy szyld fundacji, logistykę i nasze kontakty. Z jednej akcji rocznie zrobiło się nagle dwanaście. To było fizycznie i psychicznie wycieńczające, ale nie potrafiliśmy się zatrzymać. W tym roku mamy już za sobą cztery duże imprezy, piąta właśnie się odbywa, a kolejne już czekają w kolejce. Potrzebujący nie czekają na dogodny dla nas moment. To jest rzeka, która płynie bez przerwy.
Fundacja opiera swoje działania na zaufaniu lokalnej społeczności i przedsiębiorców z Podlasia, którzy chętnie przekazują vouchery, usługi czy przedmioty na licytacje. Prezes nie ukrywa jednak, że z zazdrością i podziwem patrzy na zasięgi największych graczy charytatywnych w kraju.
Ogromnie podziwiam Jurka Owsiaka, a z młodszych twórców – 23-letniego chłopaka o pseudonimie „Łatwogang”. Zobacz, co on zrobił. Poruszył całą Polskę i zebrał miliony złotych na dzieci chore na raka. Szacunek dla niego. On jest dla mnie autorytetem w dzisiejszych realiach mediów społecznościowych.
Sochoń bije się w pierś i przyznaje, że jego lokalne zasięgi są przy tym kroplą w morzu potrzeb.
Chciałbym być takim podlaskim „Łatwogangiem”, ale jestem na to za mały. Moim wielkim marzeniem jest, aby nasza fundacja miała milionowe zasięgi. Gdyby nas obserwowało kilka milionów ludzi, pomaganie byłoby dziecinnie proste. Rzucam post na Instagrama czy Facebooka: „Słuchajcie, spalił się dom wielodzietnej rodziny, potrzeba 300 tysięcy złotych na odbudowę”. Ludzie wpłacają po złotówce i w przeciągu piętnastu minut mamy całą kwotę na koncie. Zasięgi w dzisiejszych czasach to nie jest kwestia próżności czy chęci bycia sławnym. Zasięgi to realne, najpotężniejsze narzędzie do ratowania ludzkiego życia.
Jak pomagać, by nie uzależniać?
Na koniec rozmowy pojawia się pytanie o to, jak uczyć ludzi realnego pomagania, które rzeczywiście stawia potrzebujących na nogi, zamiast uzależniać ich od stałego wsparcia instytucjonalnego. Jak uciec od roszczeniowości, z którą fundacje również czasami się spotykają?
Mieliśmy różne sytuacje, od skrajnej wdzięczności po próby wykorzystania nas – przyznaje Sochoń. – Zdarzały się osoby, które uważały, że pomoc im się po prostu bezdyskusyjnie należy, a fundacja ma być ich stałym źródłem utrzymania. Uczymy mądrego pomagania poprzez dawanie narzędzi i konkretnych impulsów. Pomagamy przetrwać najgorszy kryzys – opłacić operację, kupić wózek inwalidzki, wyremontować spalony dom. Ale potem ci ludzie muszą, na tyle, na ile pozwala im zdrowie, zacząć funkcjonować samodzielnie. Naszą rolą jest dać wędkę, a nie rybę, choć w przypadku ciężko chorych dzieci ta „wędka” to po prostu darowanie im kolejnych lat życia.
Gdyby ktoś dziś przyszedł do Stefana Sochonia z zamiarem założenia nowej fundacji i zapytał o jedną, najważniejszą radę, co by usłyszał?
Na pewno mocno bym mu kibicował, bo takich organizacji nigdy za wiele. Ale dałbym mu jedną radę: rób to z głową, bądź autentyczny i przede wszystkim nie oszukuj. Albo pomagasz, albo zarabiasz. Jeśli chcesz na tym robić biznes, to nie zakładaj fundacji, tylko otwórz firmę. W wolontariacie i działalności charytatywnej czystość intencji to jedyna waluta, która ma realną wartość.
Czego więc życzyć prezesowi „Podlaskich Aniołów” na kolejne lata tej niekończącej się historii?
Zdrowia. Dla mnie, dla moich najbliższych i przede wszystkim dla wszystkich naszych podopiecznych, bo bez zdrowia nie zrobimy nic. A po drugie? Tych wymarzonych, potężnych zasięgów. Im więcej osób nas zaobserwuje, tym więcej dobra będziemy mogli wspólnie wygenerować. Zapraszam każdego do śledzenia naszych profili – pomagajmy razem, szerzej i mocniej.
(Ewa Bochenko / Wideo: Karol Jurczak)
