W malowniczej Wiosce Mnicha w Wojtówcach nieopodal Knyszyna bije serce dawnego rzemiosła. To tutaj Krzysztof Mnich stworzył unikalną, autorską przestrzeń, której perłą w koronie jest jedyne w swoim rodzaju muzeum siekier. Zgromadzona tu kolekcja – największa w Europie, a być może i na świecie – liczy obecnie 2 437 siekier (stan na 1 września 2026 r.) i wciąż rośnie. Oficjalnie aspiruje do wpisu do Księgi Rekordów Guinnessa – w momencie zgłoszenia było 2 357 sztuk. Co najbardziej niezwykłe, w przeciwieństwie do tradycyjnych, „martwych” placówek muzealnych, tutaj każda siekiera jest w pełni sprawna, naostrzona i osadzona na trzonku, gotowa do ciężkiej pracy w lesie.
Wszystko zaczęło się od prostego, ojcowskiego planu. Krzysztof Mnich chciał stworzyć dla swoich dzieci tradycyjną, w pełni manualną stolarnię. Założenie było proste: zgromadzić wyłącznie narzędzia ręczne, aby chłopcy mogli uczyć się rzemiosła bez ryzyka, jakie niesie za sobą praca z maszynami elektrycznymi.
Jak wiadomo, w żadnej szanującej się stolarni nie może zabraknąć porządnego ostrza. Inspirując się m.in. podhalańskimi góralami z Zakopanego, którzy bez siekiery nie wychodzą na żadną budowę drewnianego domu, pan Krzysztof postanowił kupić kilka sztuk do swojego warsztatu. Początkowo były to tradycyjne wyroby z polskich zakładów metalurgicznych.
Przełom nastąpił, gdy w jego ręce wpadły narzędzia z zagranicy – ze Szwecji, Anglii i Finlandii. Pierwszym „kolekcjonerskim” okazem, od którego narodziła się wielka pasja, była niemiecka siekiera marki Ochsenkopf. Została odkupiona od znajomego, który sam wykonał do niej wyjątkowy trzonek z mahoniu azjatyckiego. Trzonek ten posiadał charakterystyczne wyprofilowanie oraz tzw. kopytko na samym końcu. Ten drobny element konstrukcyjny, blokujący dłoń przed ześlizgnięciem się, zachwycił pana Krzysztofa ergonomią i poziomem bezpieczeństwa. Od tego momentu zaczął on dążyć do zdobywania i samodzielnego obsadzania kolejnych głowic na tak wyprofilowanych trzonkach.
Po latach poszukiwań i międzynarodowych wymian kolekcja 2 357 sztuk – i taka zgłoszona w pierwszej połowie tego roku do Księgi Rekordów Guinnessa – wzrosła, po dokupieniu 80 egzemplarzy w Szwecji, do 2 437 siekier (stan na 1 września 2026 r.). Liczba ta ma się sukcesywnie powiększać.
Detektywistyczna praca i siekiery warte fortunę
Dla laika siekiera to po prostu kawałek metalu na drewnianym kiju. Dla konesera to jednak prawdziwe dzieło sztuki użytkowej, w którym o doskonałości decydują najmniejsze detale. Liczy się profil głowicy, ergonomia oraz rodzaj drewna użytego do produkcji trzonka. W Polsce najczęściej stosuje się jesion lub akację (choć ta druga słabo pochłania drgania, co przy dłuższej pracy obciąża łokcie). Za granicą króluje amerykańska sikora, czyli orzesznik (hickory), a w Australii – niezwykle twarde, niepękające gatunki drzew egzotycznych.
Zdobywanie eksponatów z najdalszych zakątków globu przypomina pracę detektywa. Krzysztof Mnich jest dziś postacią niezwykle rozpoznawalną w globalnej społeczności pasjonatów. Jego działania obserwuje w sieci około 300 tysięcy osób.
Teraz jest mi łatwiej, bo jestem rozpoznawalny. Ludzie sami piszą do mnie na Messengerze, proponując przejęcie ich kolekcji. Czasami na światowych grupach wrzucam informację, że szukam konkretnego modelu, bo brakuje mi go do katalogu – na przykład fińskiego z 1914 roku, w którym mam ponumerowane modele i brakuje mi tylko kilku sztuk – opowiada twórca muzeum.
W zbiorze znajdują się prawdziwe perełki, o które bije się cały kolekcjonerski świat. Wśród nich są niezwykle trudne do zdobycia amerykańskie siekiery Black Raven z grawerem czarnego kruka. Przyjmuje się, że na świecie zostało ich naprawdę niewiele. W Polsce jest zaledwie sześć sztuk, z czego aż pięć jest w posiadaniu pana Krzysztofa. Są też profesjonalne siekiery sportowe (racingowe) marki Tuatahi z Nowej Zelandii, wykonane z najlepszej stali na świecie, używane przez drwali w widowiskowych i dynamicznych zawodach oraz kanadyjskie, pięciofuntowe siekiery Walter typu Tasmanian.
Co ciekawe, międzynarodowy handel tymi narzędziami bywa skomplikowany. Finowie niezwykle chronią swoje dziedzictwo i często w ogłoszeniach zastrzegają, że nie wysyłają towaru poza granice kraju. Aby zdobyć upragnione fińskie topory ciesielskie, pan Krzysztof musiał korzystać z pomocy zaprzyjaźnionego pośrednika mieszkającego w Finlandii. Paczki trafiały najpierw na fiński adres, a stamtąd zbiorczym transportem przyjeżdżały na Podlasie – jednorazowo nawet w liczbie 200 sztuk.
Z tymi transakcjami wiąże się też zabawna anegdota. Gdy pan Krzysztof kupił od jednego z Finów 34 topory ciesielskie, sprzedawca w międzyczasie wystawił dwa z nich na lokalnej licytacji, co wywołało ogromną burzę na fińskiej grupie dyskusyjnej. Polski kolekcjoner został z niej nawet wykluczony na miesiąc, jednak po wyjaśnieniu sytuacji zaproszono go z powrotem. Zagraniczni pasjonaci doceniają bowiem, że zardzewiałe, zaniedbane narzędzia odzyskują w Wiosce Mnicha dawny blask – są czyszczone, naostrzane, osadzane na nowych trzonkach i godnie eksponowane.
Co ciekawe, wysyłka takich przedmiotów na cały świat (nawet do Singapuru, na Alaskę czy Jukon) nie budzi podejrzeń służb celnych na lotniskach. Siekiera jest traktowana po prostu jako narzędzie ogrodnicze. Sam pan Krzysztof planuje w przyszłości podróż do Australii i Tasmanii, skąd zamierza przywieźć kolejne okazy w walizce samolotowej (wcześniej podróżował z nimi głównie autem, np. wioząc 170 sztuk w bagażniku z Helsinek czy 80 ze Sztokholmu, zawsze odpowiednio zabezpieczając ostrza skórzanymi pokrowcami.
Żywe muzeum, w którym narzędzia pracują
Filozofia Wioski Mnicha wyklucza zamknięcie eksponatów w gablotach. Wszystkie narzędzia są naostrzone, zakonserwowane i gotowe do natychmiastowego użycia. Nie ma tu miejsca na atrapy czy same metalowe głowice – zresztą, jak podkreśla właściciel, organizacja Guinness World Records podczas weryfikacji rekordu również nie uznaje samych głowic; siekiera musi być kompletna, czyli osadzona na trzonku.
Te siekiery nie tylko cieszą oko, one nam służą. Kiedy z synami, Antkiem i Jankiem, idziemy łupać i rozszczepiać drewno, ściągam ze ścian konkretne, najlepsze jakościowo fińskie siekiery Bilnas. Kiedy trzeba ściąć powalony dąb, biorę tasmana – kilka ciosów i drzewo leży. Dzisiejsze fabryki nie produkują już narzędzi o takiej agresywności cięcia – mówi Krzysztof Mnich.
Właściciel nie kolekcjonuje narzędzi o mrocznej czy przestępczej przeszłości, choć nie wyklucza, że niektóre topory bojowe sprzed wieków mogły służyć do walki. Jego największą miłością są potężne siekiery ciesielskie, których w kolekcji ma ponad 200. Charakteryzują się one ogromnymi ostrzami o szerokości od 20 do nawet 40 cm i służyły dawniej do ręcznego ociosywania bali budowlanych. Wymagały one niezwykłego kunsztu kowalskiego. Dobry rzemieślnik wykuwał taką siekierę z dwóch lub trzech elementów nawet przez dwa, trzy dni. Pan Krzysztof żartuje, że jego miłość do tych konkretnych narzędzi może mieć związek z jego imieniem z bierzmowania – Józef, patron cieśli.
Wizyta w muzeum robi piorunujące wrażenie zarówno na pasjonatach, jak i przypadkowych turystach. Ludzie dalekich zakatków globu potrafią przylecieć do Warszawy, wsiąść w pociąg do Białegostoku, a stamtąd taksówką dotrzeć prosto pod Knyszyn – tak jak niedawno gość z Melbourne w Australii, który przybył wyłącznie po to, by zobaczyć to miejsce. Nawet sceptycznie nastawione osoby (często kobiety namówione przez swoich partnerów) wychodzą zafascynowane, zadając mnóstwo pytań i zostawiając ciepłe wpisy w księdze gości. Oglądanie setek siekier zawieszonych na kilkudziesięciu drzwiach oraz kolejnych 300 – 400 sztuk na poddaszu, zajmuje odwiedzającym długie kilkadziesiąt minut.
Samowystarczalna wioska rzemiosła
Muzeum siekier to dopiero początek niezwykle ambitnych planów Krzysztofa Mnicha. Pomysł na stworzenie tego miejsca zrodził się, gdy na świat przychodziły jego dzieci. Wtedy postanowił odnowić stare budynki gospodarcze (w tym starą stodołę) i stworzyć przestrzeń, w której każde dziecko miałoby swój własny domek i warsztat.
Dziś Wioska Mnicha dynamicznie rozwija się w kierunku żywego, samowystarczalnego skansenu dawnego rzemiosła. Na terenie obiektu funkcjonują już muzeum siekier z unikalną, opisaną wyżej kolekcją, muzeum emalnictwa – prezentujące dawne naczynia emaliowane – oraz piec rozgrzewający się do temperatury 1 800 stopni Celsjusza, w którym wypalano emalię. Jest też tradycyjna kuźnia, w pełni wyposażona w palenisko, kowadła, młotki, szczypce oraz sprawny młot resorowy. I stolarnia z bogatym zapleczem kilku tysięcy tradycyjnych narzędzi ręcznych.
Kolejnym wielkim krokiem i przedsięwzięciem logistycznym ma być sprowadzenie i uruchomienie zabytkowego młyna. Właściciel poszukuje odpowiedniego obiektu. Otrzymał już m.in. propozycję zakupu młyna z województwa kujawsko-pomorskiego. Ale przewiezienie tak ogromnych elementów, jak wielkie drewniane koła zębate, wymaga zaangażowania ciężkiego sprzętu i dźwigów. Mnich doskonale pamięta z dzieciństwa, jak mając siedem lat, jeździł z tatą do młyna w pobliskiej Kalinówce Kościelnej, by zmielić żyto na mąkę, z której jego mama piekła potem w dużym piecu chlebowym bochenki. Taki chleb, odpowiednio zawinięty, nie czerstwiał przez 10 dni
Posmarowany masłem dawał siłę do wielogodzinnej zabawy – śmieje się właściciel.
Do planowanej strefy młynarskiej zakupiono już m.in. zabytkową sieczkarnię oraz duży młynek z dwoma wielkimi kamiennymi żarnami, który po zamontowaniu silnika i pasów transmisyjnych będzie pełnił funkcję mini młyna. Właśnie wylewana jest posadzka pod nową halę o powierzchni 100 metrów kwadratowych, gdzie te maszyny zostaną ustawione.
Gospodarz marzy o tym, by pokazać młodemu pokoleniu pełne procesy technologiczne, jakimi posługiwali się nasi przodkowie: od młócenia zboża cepem (na terenie skansenu stoi m.in. zabytkowa arfa do czyszczenia ziarna, która po zdjęciu dziecięcego domku z jej szczytu jest w pełni sprawna, przez mielenie mąki w młynie, aż po wypiek chleba. Choć mama pana Krzysztofa żartuje o dokupieniu owieczek, które mogłyby kosić trawnik wokół domu, właściciel studzi emocje.
Hodowla zwierząt, np. krów to zbyt duży obowiązek, na który przy obecnym tempie życia brakuje czasu – przyznaje.
Edukacja manualna i kontakt dla zwiedzających
Największym marzeniem Krzysztofa Mnicha jest, aby Wioska Mnicha służyła ludziom, a w szczególności młodzieży. W dobie powrotu zajęć technicznych do szkół, skansen oferuje unikalną możliwość zdobycia realnych, manualnych umiejętności. Na przygotowanych stanowiskach stolarskich z zamontowanymi imadłami dzieci mogą uczyć się obróbki drewna i posługiwania się tradycyjnymi narzędziami. Nawet jeśli w przyszłości wybiorą pracę w korporacjach, zdobyta tu wiedza pozwoli im na emeryturze bez problemu poradzić sobie z pracami wokół własnego domu na wsi.
Wszystkie grupy zorganizowane (np. wycieczki szkolne) oraz goście indywidualni, chcący wziąć udział w warsztatach lub zwiedzić muzeum, proszeni są o wcześniejszy kontakt w celu ustalenia szczegółów.
Wszelkie informacje, dane kontaktowe do Wioski Mnicha w Wojtówcach 46 oraz formularze dostępne są w mediach społecznościowych tego miejsca (Facebook, Instagram), którymi sprawnie zarządza syn właściciela Antoni, wdrażający nowoczesne rozwiązania ułatwiające kontakt z turystami.
(Ewa Bochenko / Wideo: Karol Jurczak)
